Ten weekend mówiąc
szczerze, nie zanosił się na najlepszy. Georgie i Jeremy polecieli na Karaiby,
taki tam spontaniczny wypad. Myślałam nawet o tym, żeby spotkać się z Alec’iem,
ale kiedy zadzwoniłam, powiedział mi, że jest uziemiony nauką. Poprawka czy coś
w ten deseń, Lizzy wychodzi z Aną i Aileen a ja jakoś nie mam ochoty roztrząsać
problemów psychicznych Aileen. Nie ma mowy, żebym zadzwoniła do Cama, to
jeszcze gorszy zbereźnik niż Chris. Myślałam nawet o spędzaniu czasu z siostrą,
ale perspektywa oglądania jak klei się do Willa nie jest zbyt atrakcyjna. Tak
więc moimi jedynymi planami jest siedzenie w domu i czytanie. Moje stopy powoli
dochodzą do siebie, już mogę chodzić. Do Seattle zaś zawitały chłodne
listopadowe dni. Przynajmniej mamy sporo cukierków z Halloween. Chris i Cam
postanowili zaopiekować się dziećmi z pobliskiej podstawówki podczas wieczoru,
ale chodziło im głównie o zgarnięcie słodyczy. Dwoje dzieciaków nosiło dwie
torby pod pretekstem „Moja siostrzyczka jest chora”. Pomyśleć, że kosztowało
ich to tylko dwadzieścia dolarów.
-Wstawaj z tego wyra.- Chris jak gdyby nigdy nic wszedł
do mojego pokoju i usiadł na krześle obrotowym.- Wychodzimy
-Sam sobie wychodź.- Naciągnęłam kołdrę na twarz i
zajęczałam.
-Wczoraj obdzwoniłaś wszystkich naszych znajomych, a
potem z godzinę jęczałaś jaki ten weekend będzie nudny.
-Twoje słodycze z cukierkobrania poprawiły mi humor-
Mruknęłam.
-No chodź. Chcesz być lamusem?
-Dopiero nim będę jak z tobą wyjdę…
Szczerze mówiąc nie wzięłam pod uwagę wyjścia z Chrisem,
może nawet nie byłoby to takie straszne, gdyby nie to, że on nie wymyśli nic
normalnego. A ja nie mam ochoty wylądować na komisariacie albo w szpitalu. W
sumie nie wiem co byłoby gorsze.
-Będzie fajnie, zobaczysz. Mam dla ciebie takie wielkie
bum o jakim nawet nie śniłaś!
-Kolejna impreza? Twoje wielkie bum, zazwyczaj kończą się
w gabinecie dyrektora, albo w szpitalu.
-Po co ta ironia, młoda? Wychodź z tego wyra, chyba, że
masz tam coś do ukrycia.
Ostatnie
słowa usłyszałam tuż przy uchu, były takie zmysłowe, że aż przeszedł mnie
dreszcz. Cieszyłam się, że mam kołdrę na głowie. Nie zobaczył moich
rumieńców. W sumie, co mi szkodzi?
Wyjście z nim to jedyny dobry plan na dzisiejszy dzień, problem w tym, że moje
łóżeczko jest takie wygodne, że wcale nie mam zamiaru się ruszyć.
-Przykro
mi, ale moje łóżko nie chce mnie puścić.- Zażartowałam i odwróciłam się plecami
do pokoju. Nagle poczułam uginanie się materaca.
-Faktycznie wygodniutkie.- Zaśmiał się.- Ale jak je
wyleżysz, to sprężyny pójdą. Wstawaj!- Pociągnął za kołdrę i to z takim
impetem, że sturlałam się z razem z nią na podłogę, uderzając czołem o szafkę
nocną.
-Ałłł!- Krzyknęłam i złapałam się za głowę.- Tym się
właśnie kończy twoje wielkie bum geniuszu!- Syknęłam. A on po prostu się śmiał,
stał tam i się śmiał. Ogarnęła mnie fala złości i zapragnęłam walnąć mu w ten
jego, z pewnością, pusty łeb.
-Przepraszam.- Wymówił przez śmiech.
-Wal się…- Warknęłam i wstałam z ziemi. Podniosłam z
poduszkę, spoczywającą na moim łóżku i rzuciłam ją w jego kierunku. On jednak
miał dobry refleks, złapał ją i odrzucił tam gdzie jej miejsce.
-Bitwy na poduszki są fajne tylko w tedy, kiedy robi to
grupa dziewczyn, a to je obserwujesz. Ubierz się ciepło, czekam w kuchni.
I zwyczajnie wyszedł. Co za kutas… Ja podeszłam do lustra
i zobaczyłam siniaka na czole. Zajebiście.
Związałam włosy w wysoki kok na czubku głowy i zaczęłam
maskować to co nabiłam na czole. Kiedy już w końcu to zrobiłam włosy zaplotłam
w warkocz na bok. Podpięłam co trzeba spinkami. Z szafy wyjęłam czarne rurki,
szarą bluzę wkładaną przez głowę, a na to założyłam mój włochaty bezrękawnik.
To chyba wystarczająco ciepłe.
Zbiegłam po schodach do kuchni, gdzie miał czekać Chris.
Stał tam oparty o szafki pogrążony w rozmowie z Willem. Wyjęłam więc z lodówki
jogurt pitny, który miał być moim śniadaniem i spoczęłam na krzesełku. Pierwszy
raz widziałam ich aż tak zacięcie dyskutujących. Zazwyczaj się po prostu kłócą.
I z przykrością mówię, że to właśnie Chris wygrywa. Może to po prostu Viviane
jest tak na niego cięta i to powoduje te kłótnie, albo po prostu Chris nie
zawsze jest dupkiem.
-Wychodzimy.- Powiedział nagle.
-Gdzie idziecie?- Pyta zdezorientowany Will.
-Chce pokazać jej miasto. Albo te miejsca w których
jeszcze nie była.
-Bawcie się dobrze.- Posyła nam miły uśmiech.
Wyszliśmy z domu prosto do jego auta. Chris odpalił
silnik i ruszył z miejsca, co jak co, ale przynajmniej jeździ całkiem dobrze.
Chociaż często przesadza z prędkością, albo popisuje się jakimiś sztuczkami,
które nie są bezpieczne.
-Chciałabym napić się kawy.- Mówię.
-Gwarantuje ci, że przyda ci się bardziej w drodze
powrotnej.
Chris płynnie zmienia bieg i kładzie rękę na moim udzie.
Poczułam dziwną fale gorąca. Nie powinien tego robić, a mnie nie powinno się to podobać.
-Z łapami to pod kościół, zabieraj ją.- Warknęłam.
-Niezłe teksty świętoszku.- Chichoczę i zabiera rękę z
mojej nogi. Kładzie ją z powrotem na skrzynie biegów.
-Nauczysz mnie jeździć?- Wypalam.
-Że co proszę?- Śmieje się.- Ty i prawko?- Patrzy na mnie
kpiąco.
-Patrz jak jedziesz idioto. I tak, ja i prawko, masz coś
do tego?- Pytam oburzona.
-Nie, no co ty, ale… Ty i prawko?- Wybucha takim gromkim
śmiechem, że tym razem już się denerwuje.
-Nie rozumiem o co ci chodzi, przecież mogę mieć prawko.
Viviane ma.
-Widziałaś jak ona jeździ? Jak taka staruszka z końca
ulicy, swoim elektrycznym wozem. Chociaż obawiam się, że pani Jenkins jeździ o
niebo lepiej.
-Okay… Ale to nie znaczy, że ja nie mogę dobrze jeździć.
-Pogadamy o tym
kiedy indziej.- Kręci głową z politowaniem, a jego uśmiech jest tak kpiący,
jakby myślał, że rzuciłam po prostu dobrym żartem.
-Wal się.- Mruczę.
-Oj daj spokój, przecież pouczyć cię mogę, ale nie moim
cacuszkiem. Jak Viv da ci swoje auto, albo Will użyczy ci Jeepa, to spoko. Moje
cudeńko zostaw w spokoju.
-Nie rozbiję ci go.
-A co jak zarysujesz?
-Jesteś takim dupkiem… - Warczę. Wkurzył mnie i to ostro.
-Wysiadka droga pani.- Śmieje się. Wyglądam przez okno i
widzę budynek krytego lodowiska.- Pewnie nigdy nie jeździłaś no nie?
Serio? Ma aż taki stereotypowy pogląd na mieszkankę
Kalifornii? W sumie… to może być niezła zabawa. Powkręcam go.
-Zwariowałeś?! Nie wejdę na lód.- Udaje spanikowaną, ale
wewnętrznie mam ochotę położyć się ze śmiechu.
-No chodź, będzie fajnie.
Chris wysiada z auta i czeka aż ja zrobię to samo. Po
chwili dołączam do niego. Wchodzimy przez podwójne drzwi do budynku. Panuje
tutaj chłód, ale nie tak jak na odkrytym lodowisku. Udaje przestraszoną.
-Jaki masz rozmiar buta? – Pyta podchodząc do miejsca
wypożyczenia łyżew.
-Trzydzieści osiem.- Mówię do niego. Chris woła kobietę,
która z ogromnym uśmiechem podaje mu dwie pary łyżew, jedną dla mnie, drugą dla
niego. Wygląda na około czterdzieści lat, jej uśmiech wydaje się być zaraźliwy,
bo wszyscy podchodzący do lady zaraz się uśmiechają.
Zakładaj. Tylko zasznuruj porządnie, nie chcemy żebyś się
wywaliła.- Śmieje się.- Albo wiesz co? Daj, ja ci je zasznuruje.
Chris zabiera ode mnie łyżwy. Każe mi usiąść a następnie
wkłada mi je na nogi. Najpierw dokładnie sznuruje jedną a następnie drugą.
Później sam zakłada swoje. Wstaje z krzesełka i podaje mi dłoń.
-Pomogę ci wstać.
-Jak mam w tym chodzić?- Mówię przerażona.
-Normalnie, daj mi rękę.
Podaje mi dłoń i wstaję z krzesełka. Jak fajnie się go
wkręca. Ostrożnie idziemy do drzwi. Najpierw wchodzi Chris.
-Nie wejdę tutaj.- Mówię stanowczo.
-Daj spokój. Chodź.- Kładzie dłonie na moich biodrach, podnosi
mnie i stawia na lodzie, następnie szybko łapie mnie za dłonie i zaczyna jechać
do tyłu.
-Boje się Christopher…- Mówię łamiącym się głosem, ale co
raz bardziej śmiech ciśnie mi się na usta.
-Spokojnie.- Mówi uspokajająco.- Złapię cię przecież.
Jedziemy tak przez chwilę, aż w końcu stwierdzam, że czas
na zemstę za poranny wypadek z kołdrą. Szybko odpycham go i pędzę ile sił na
drugi koniec. Kiedy jestem w bezpiecznej odległości widzę jak usiłuje się
podnieść, a ja się śmieje.
-To za siniaka na czole!- Śmieje się.
-Ty kłamczucho!
Kiedy już zwleka swój zadek z lodu zaczyna mnie gonić, a
ja ze śmiechem na ustach uciekam mu. Gonimy się tak w kółko, zahaczając przy
tym innych odwiedzających lodowisko. Jadę ile sił w nogach na drugi koniec
lodowiska, aż w końcu jego silne dłonie oplatają mnie wokół talii i okręcają w
kółko.
-Postaw mnie, wywalimy się!- Krzyczę, ale wciąż się
śmieje. W końcu Chris stawia mnie i odwraca do siebie twarzą. Jego ręce wciąż
obejmują kurczowo moją talie.
-Nie ładnie mnie tak okłamywać.- Śmieje się. Staramy się
uspokoić oddechy, patrząc sobie w oczy. W końcu Chris opiera czoło o moje.
Czuję jego przyspieszony rytm serca, podczas gdy moje chyba już leży na lodzie.
Spoglądamy na siebie przez długą chwilę i zastanawiam się co jest tak
wciągającego w jego oczach, że nie mogę oderwać od nich wzroku. Myślę też nad
tym, w czym tak nadzwyczajne są moje oczy. Są małe i zielone, chociaż w sumie
nie wiem czy to do końca zieleń… Nie wiem ile tak staliśmy, ale czas zdawał się
zatrzymać. Przymknęłam oczy, kiedy zaczął się do mnie zbliżać, aż czyjś głos
rozległ się przez głośniki.
-Zmiana kierunku jazdy!
Oderwaliśmy się od siebie jak oparzeni. Odjechałam od
niego kawałek.
-Chyba czas na nas… Muszę jeszcze zadzwonić do
Jeremy’ego. Obiecałam mu.
Chris patrzy na mnie dziwnym wzrokiem, ale po chwili kiwa
głową i rusza do wyjścia. Właśnie, Jeremy… Muszę pamiętać o Jeremy’m. Póki co,
chyba się umawiamy, a to byłoby ostro nie w porządku gdybym flirtowała z innym, a już na pewno gdyby był
to Chris. W tedy już byłabym totalnym zerem. Ja i Chris… Przecież ja nawet go
nie lubię. A może… Może jest inaczej…
-Chcesz jechać na tą kawę?- Pyta obojętnie, wyrywając
mnie z rozmyśleń.
-Nie, nie trzeba. Dzięki, że pamiętałeś. – Odpowiadam mu
delikatnie oszołomiona. Szybko idę oddać łyżwy i wychodzę z budynku. Chrisowi
się nie spieszy. Idzie za mną wolno. Otwiera auto. Wsiadamy do niego, ale
resztę drogi spędzamy w ciszy. W sumie, to nic dziwnego.
***
Jedyna osoba która przychodzi mi do głowy, żeby zadzwonić
i nie być ocenioną to Jenna. Dawno nie rozmawiałyśmy ale ona nie jest dokładnie
wciągnięta w to co tutaj się dzieje, w końcu mieszka w Malibu.
Zdecydowana wyjmuję telefon i wybieram numer do przyjaciółki, która o
dziwo odbiera po dwóch sygnałach. To dobrze, bo melodyjka „Grania na czekania”
jest tak samo wkurwiająca jak ta z hotelowych wind.
-Esme! Stęskniłam się.- Wrzeszczy przez telefon do mojego
ucha.
-Hej Jenna, ja też. Muszę z tobą pogadać. Nie mam zbyt
wiele czasu, korzystam z okazji pustego domu.- Mówię zgodnie z prawdą.
-Chce znać każdą ploteczkę, biorąc pod uwagę, że dotyczy
pewnie seksownego Chrisa Hale’a.- Mruczy.
-Skąd wiesz?!- Odpowiadam przerażona. Kurde, jej tutaj
nawet nie ma a jest w stanie się domyślić o co mi będzie chodziło.
-Och, daj spokój… Widziałam wasze zdjęcia na fejsie, to
znaczy no wiesz, zdjęcia na których byłaś oznaczona a on tam był. Dajesz, co
się dzieje?
Zebrałam się w sobie po kilku głębszych oddechach i z
zamkniętymi oczami mówię.
-Prawie się dzisiaj pocałowaliśmy… Byliśmy na łyżwach,
fajnie się bawiliśmy i takie tam, aż w końcu, no wiesz. Przede wszystkim musisz
wiedzieć, bo jak znam ciebie to nie uważasz tego za problem, Jeremy, jego
najlepszy przyjaciel, jedyny przy którym Chris jest sobą, aktualnie kręci się
koło mnie. Jer jest spoko, można powiedzieć, że się umawiamy. No wiesz, byłam z
nim na balu, potem w Halloween wspólnie oglądaliśmy i niego filmy. A Chris, on
mnie irytuje! Nie wiem jakim cudem taki irytujący człowiek uchował się na tej
planecie.
-Przystopuj, nie nadążam z ilością przysyłanych danych.
Mówisz, że ty i seksowny Chris byliście na łyżwach?
-No tak, sądził, że nie umiem jeździć. Najpierw nie
wyprowadzałam go z błędu, ale jak już się dowiedział to zrobiło się zabawnie.-
Zaczęłam się śmiać.
-O mój Boże! Ty się śmiejesz na wspomnienie o chłopaku!
-Daj spokój, okay. Poza tym, sama mówisz, że jest
seksowny i…- Właśnie w tym momencie ustaje z wypowiedzią. Drzwi frontowe
otwierają się, a ja szybko rozłączam się. Pisze Jennie tylko szybkiego sms’a.
Postanowiłam zejść na dół i zobaczyć kto wrócił do domu.
Chris pojechał wymyć auto, a Viviane i Will na zakupy. Oczywiście, biorąc pod
uwagę mojego cholernego pecha, wrócił Chris. Zdejmuję właśnie swoje trampki na
przedpokoju, podnosi wzrok i patrzy na mnie.
-Co tam?- Pyta nonszalancko, tak jakby to co stało się
jakieś trzy godziny temu nigdy się nie wydarzyło.
-Nic ciekawego, rozmawiałam z kumpelą z Malibu…- To
pytanie które mi zadał było totalnie bezsensu i nic nie wnosiło do rozmowy.
-Will i Viviane w sklepie? – Idzie przez pomieszczenie i
otwiera drzwi do salonu. Idę za nim, Chris uwala się na kanapie, a ja czuję
stres który we mnie wzrasta. Zadaje pytania dosyć oczywiste, na które niezbyt
trzeba odpowiadać.
-Jak widzisz..- Mówię i siadam w bezpiecznej odległości
od niego. Spogląda na mnie z ukosa, następnie bierze pilot i włącza telewizor. Zmienia
kanał za kanałem. Atmosfera jest napięta i obydwoje to czujemy.
-Gdzie nauczyłaś się jeździć?- Pyta, patrzy na mnie z
bardzo dociekliwym wyrazem twarzy.
-To tylko stereotyp, że w Kalifornii nie ma lodowisk.
Właściwie to prawda, ale zimą, a w sumie tylko w grudniu często otwierają takie
ślizgawki. Są specjalnie chłodzone. Kiedyś jacyś idioci z plaży, umyślili
sobie, że skoro to na zewnątrz to bikini im wystarczy. Odmrozili sobie tyłki.
Co święta chodziłam z koleżankami pojeździć na łyżwach. Mój ojciec tego nie
lubił, zawsze uważał, że przez to jestem strasznie poobijana i nie wyglądam tak
jak powinna wyglądać dziewczyna. – Na wspomnienie o ojcu wzdrygnęłam się.
-Nie lubiłaś ojca, no nie?
-To nie tak, ojciec to ojciec ale… nie mieliśmy
najlepszego kontaktu. W sumie z matką też nie miałam dobrego kontaktu. Viviane
tak, ja niezbyt. Byłam nie taka, jak oczekiwali ode mnie żebym była. – Mówię cicho
i spuszczam wzrok. Ciężko mi o tym mówić, a poza tym to chyba nie czas żeby się
przed nim otwierać.
-Skądś to znam… Moi rodzice zawsze oczekiwali ode mnie więcej
niż dawałem radę. Miałem się przez to za nieudacznika, stal starałem się
sprostać ich wymaganiom. Lekcje gry na gitarze, lekcje śpiewu, szkolny teatr i
nauka, najlepiej jeszcze z wyróżnieniem. Nie miałem czasu na normalną zabawę
jak każde inne dzieciaki w moim wieku.
Jego wyznania mną wstrząsnęły. Nie spodziewałabym się, że
to jaki jest Chris, wynika z nieakceptacji najbliższych mu osób. Wiem z
własnego doświadczenia jakie jest to ciężkie i wiem też, że nie łatwo o tym
rozmawiać.
-Przykro mi…- Mówię, bo nic innego nie przychodzi mi do
głowy. Chociaż sama wiem, jak wkurzające potrafią być te słowa.
-Tak, mnie też… Wiesz, w sumie to polubiłem część z tych
rzeczy. No bo na przykład lubię grać na gitarze, a do tego wyniki w szkole
powodują, że mogę wybrać sobie prawie każdą uczelnie w kraju. Po prostu wiem,
że co bym nie robił oni i tak mnie nie…
Urwał swoją wypowiedź. Do domu weszli roześmiani Viviane
i Will. Nie chciał przy nich gadać i w sumie całkowicie go rozumiem. Oni nie
zdają sobie sprawy z tego jak być tym odrzuconym dzieckiem.
***
Jeżeli czegoś się nauczyłam z tego trzymiesięcznego
pobytu tutaj, to na pewno to, że sex shopy nie rozmnażają się tutaj jak grzyby
po deszczu. Nie wiem w sumie czemu akurat taka myśl naszła moją głowę, ale jest
poniedziałek rano, lekcja geografii, a nasz nauczyciel przynudza i plecie jak
potłuczony. Wydaje mi się, że on sam nie wie co tutaj robi. Następną lekcję mam
z Alec’iem, więc przynajmniej trochę poprawi mi humor, rzucając jakimś sprośnym
żarcikiem na temat tyłków moich znajomych z paczki.
Kiedy
dzwoni dzwonek wybiegam z klasy pierwsza i lecę na historię. Alec już tam stoi.
-Witaj
królewno!- Wrzeszczy przez korytarz. Ludzie oczywiście zwracają wzroku ku mnie.
-Tak,
hej Alec. Co u ciebie?- Pytam wesoło.
-Lepiej
mów co słychać u ciebie. Słyszałem o twojej potajemnej randeczce z
Christopherem Hale’m. Och jak ja bym schrupał jego tyłeczek…- Mruczy pod nosem.
Że
co słucham, jaka randka? Kto widział nas na tym przeklętym lodowisku.
-To
nie była randka, a poza tym skąd o tym wiesz?- Mówię szeptem, ale da się wyczuć
przerażenie w moim głosie.
-Nie
przejmuj się, znajomy znajomego was widział. Spoko, on nikomu nie powie, nawet
nie jest z naszej szkoły. – Uspokaja mnie.
-To
skąd zna Chrisa?
-No
wiesz, Chrisa zna każdy. Jak opisał dziewczynę z którą był, to domyśliłem się,
że to ty. No ale chce znać szczegóły, szczególiki!- Mówi podekscytowany i
piszczy niczym mała dziewczynka na widok różowego jednorożca.
-Nie
ma tutaj co opowiadać.- Mówię odrobinę zażenowana. –Wyszliśmy bo się nam
nudziło, zrozum.
-Taa,
jasne… Bo ci uwierzę.- Śmieje się.
-No
tak, przecież wiesz, że ja nawet zanim nie przepadam.
-Ale
za jego pupcią pewnie już tak…
Tak
Alec, faktycznie urozmaiciłeś mój dzień!