niedziela, 19 marca 2017

Rozdział 9


           Ten weekend mówiąc szczerze, nie zanosił się na najlepszy. Georgie i Jeremy polecieli na Karaiby, taki tam spontaniczny wypad. Myślałam nawet o tym, żeby spotkać się z Alec’iem, ale kiedy zadzwoniłam, powiedział mi, że jest uziemiony nauką. Poprawka czy coś w ten deseń, Lizzy wychodzi z Aną i Aileen a ja jakoś nie mam ochoty roztrząsać problemów psychicznych Aileen. Nie ma mowy, żebym zadzwoniła do Cama, to jeszcze gorszy zbereźnik niż Chris. Myślałam nawet o spędzaniu czasu z siostrą, ale perspektywa oglądania jak klei się do Willa nie jest zbyt atrakcyjna. Tak więc moimi jedynymi planami jest siedzenie w domu i czytanie. Moje stopy powoli dochodzą do siebie, już mogę chodzić. Do Seattle zaś zawitały chłodne listopadowe dni. Przynajmniej mamy sporo cukierków z Halloween. Chris i Cam postanowili zaopiekować się dziećmi z pobliskiej podstawówki podczas wieczoru, ale chodziło im głównie o zgarnięcie słodyczy. Dwoje dzieciaków nosiło dwie torby pod pretekstem „Moja siostrzyczka jest chora”. Pomyśleć, że kosztowało ich to tylko dwadzieścia dolarów.
            -Wstawaj z tego wyra.- Chris jak gdyby nigdy nic wszedł do mojego pokoju i usiadł na krześle obrotowym.- Wychodzimy
            -Sam sobie wychodź.- Naciągnęłam kołdrę na twarz i zajęczałam.
            -Wczoraj obdzwoniłaś wszystkich naszych znajomych, a potem z godzinę jęczałaś jaki ten weekend będzie nudny.
            -Twoje słodycze z cukierkobrania poprawiły mi humor- Mruknęłam.
            -No chodź. Chcesz być lamusem?
            -Dopiero nim będę jak z tobą wyjdę…
            Szczerze mówiąc nie wzięłam pod uwagę wyjścia z Chrisem, może nawet nie byłoby to takie straszne, gdyby nie to, że on nie wymyśli nic normalnego. A ja nie mam ochoty wylądować na komisariacie albo w szpitalu. W sumie nie wiem co byłoby gorsze.
            -Będzie fajnie, zobaczysz. Mam dla ciebie takie wielkie bum o jakim nawet nie śniłaś!
            -Kolejna impreza? Twoje wielkie bum, zazwyczaj kończą się w gabinecie dyrektora, albo w szpitalu.
            -Po co ta ironia, młoda? Wychodź z tego wyra, chyba, że masz tam coś do ukrycia.
Ostatnie słowa usłyszałam tuż przy uchu, były takie zmysłowe, że aż przeszedł mnie dreszcz. Cieszyłam się, że mam kołdrę na głowie. Nie zobaczył moich rumieńców.  W sumie, co mi szkodzi? Wyjście z nim to jedyny dobry plan na dzisiejszy dzień, problem w tym, że moje łóżeczko jest takie wygodne, że wcale nie mam zamiaru się ruszyć.
-Przykro mi, ale moje łóżko nie chce mnie puścić.- Zażartowałam i odwróciłam się plecami do pokoju. Nagle poczułam uginanie się materaca.
            -Faktycznie wygodniutkie.- Zaśmiał się.- Ale jak je wyleżysz, to sprężyny pójdą. Wstawaj!- Pociągnął za kołdrę i to z takim impetem, że sturlałam się z razem z nią na podłogę, uderzając czołem o szafkę nocną.
            -Ałłł!- Krzyknęłam i złapałam się za głowę.- Tym się właśnie kończy twoje wielkie bum geniuszu!- Syknęłam. A on po prostu się śmiał, stał tam i się śmiał. Ogarnęła mnie fala złości i zapragnęłam walnąć mu w ten jego, z pewnością, pusty łeb.
            -Przepraszam.- Wymówił przez śmiech.
            -Wal się…- Warknęłam i wstałam z ziemi. Podniosłam z poduszkę, spoczywającą na moim łóżku i rzuciłam ją w jego kierunku. On jednak miał dobry refleks, złapał ją i odrzucił tam gdzie jej miejsce.
            -Bitwy na poduszki są fajne tylko w tedy, kiedy robi to grupa dziewczyn, a to je obserwujesz. Ubierz się ciepło, czekam w kuchni.
            I zwyczajnie wyszedł. Co za kutas… Ja podeszłam do lustra i zobaczyłam siniaka na czole. Zajebiście.
            Związałam włosy w wysoki kok na czubku głowy i zaczęłam maskować to co nabiłam na czole. Kiedy już w końcu to zrobiłam włosy zaplotłam w warkocz na bok. Podpięłam co trzeba spinkami. Z szafy wyjęłam czarne rurki, szarą bluzę wkładaną przez głowę, a na to założyłam mój włochaty bezrękawnik. To chyba wystarczająco ciepłe.
            Zbiegłam po schodach do kuchni, gdzie miał czekać Chris. Stał tam oparty o szafki pogrążony w rozmowie z Willem. Wyjęłam więc z lodówki jogurt pitny, który miał być moim śniadaniem i spoczęłam na krzesełku. Pierwszy raz widziałam ich aż tak zacięcie dyskutujących. Zazwyczaj się po prostu kłócą. I z przykrością mówię, że to właśnie Chris wygrywa. Może to po prostu Viviane jest tak na niego cięta i to powoduje te kłótnie, albo po prostu Chris nie zawsze jest dupkiem.
            -Wychodzimy.- Powiedział nagle.
            -Gdzie idziecie?- Pyta zdezorientowany Will.
            -Chce pokazać jej miasto. Albo te miejsca w których jeszcze nie była.
            -Bawcie się dobrze.- Posyła nam miły uśmiech.
            Wyszliśmy z domu prosto do jego auta. Chris odpalił silnik i ruszył z miejsca, co jak co, ale przynajmniej jeździ całkiem dobrze. Chociaż często przesadza z prędkością, albo popisuje się jakimiś sztuczkami, które nie są bezpieczne.
            -Chciałabym napić się kawy.- Mówię.
            -Gwarantuje ci, że przyda ci się bardziej w drodze powrotnej.
            Chris płynnie zmienia bieg i kładzie rękę na moim udzie. Poczułam dziwną fale gorąca. Nie powinien tego robić, a mnie  nie powinno się to podobać.
            -Z łapami to pod kościół, zabieraj ją.- Warknęłam.
            -Niezłe teksty świętoszku.- Chichoczę i zabiera rękę z mojej nogi. Kładzie ją z powrotem na skrzynie biegów.
            -Nauczysz mnie jeździć?- Wypalam.
            -Że co proszę?- Śmieje się.- Ty i prawko?- Patrzy na mnie kpiąco.
            -Patrz jak jedziesz idioto. I tak, ja i prawko, masz coś do tego?- Pytam oburzona.
            -Nie, no co ty, ale… Ty i prawko?- Wybucha takim gromkim śmiechem, że tym razem już się denerwuje.
            -Nie rozumiem o co ci chodzi, przecież mogę mieć prawko. Viviane ma.
            -Widziałaś jak ona jeździ? Jak taka staruszka z końca ulicy, swoim elektrycznym wozem. Chociaż obawiam się, że pani Jenkins jeździ o niebo lepiej.
            -Okay… Ale to nie znaczy, że ja nie mogę dobrze jeździć.
            -Pogadamy o  tym kiedy indziej.- Kręci głową z politowaniem, a jego uśmiech jest tak kpiący, jakby myślał, że rzuciłam po prostu dobrym żartem.
            -Wal się.- Mruczę.
            -Oj daj spokój, przecież pouczyć cię mogę, ale nie moim cacuszkiem. Jak Viv da ci swoje auto, albo Will użyczy ci Jeepa, to spoko. Moje cudeńko zostaw w spokoju.
            -Nie rozbiję ci go.
            -A co jak zarysujesz?
            -Jesteś takim dupkiem… - Warczę. Wkurzył mnie i to ostro.
            -Wysiadka droga pani.- Śmieje się. Wyglądam przez okno i widzę budynek krytego lodowiska.- Pewnie nigdy nie jeździłaś no nie?
            Serio? Ma aż taki stereotypowy pogląd na mieszkankę Kalifornii? W sumie… to może być niezła zabawa. Powkręcam go.
            -Zwariowałeś?! Nie wejdę na lód.- Udaje spanikowaną, ale wewnętrznie mam ochotę położyć się ze śmiechu.
            -No chodź, będzie fajnie.
            Chris wysiada z auta i czeka aż ja zrobię to samo. Po chwili dołączam do niego. Wchodzimy przez podwójne drzwi do budynku. Panuje tutaj chłód, ale nie tak jak na odkrytym lodowisku. Udaje przestraszoną.
            -Jaki masz rozmiar buta? – Pyta podchodząc do miejsca wypożyczenia łyżew.
            -Trzydzieści osiem.- Mówię do niego. Chris woła kobietę, która z ogromnym uśmiechem podaje mu dwie pary łyżew, jedną dla mnie, drugą dla niego. Wygląda na około czterdzieści lat, jej uśmiech wydaje się być zaraźliwy, bo wszyscy podchodzący do lady zaraz się uśmiechają.
            Zakładaj. Tylko zasznuruj porządnie, nie chcemy żebyś się wywaliła.- Śmieje się.- Albo wiesz co? Daj, ja ci je zasznuruje.
            Chris zabiera ode mnie łyżwy. Każe mi usiąść a następnie wkłada mi je na nogi. Najpierw dokładnie sznuruje jedną a następnie drugą. Później sam zakłada swoje. Wstaje z krzesełka i podaje mi dłoń.
            -Pomogę ci wstać.
            -Jak mam w tym chodzić?- Mówię przerażona.
            -Normalnie, daj mi rękę.
            Podaje mi dłoń i wstaję z krzesełka. Jak fajnie się go wkręca. Ostrożnie idziemy do drzwi. Najpierw wchodzi Chris.
            -Nie wejdę tutaj.- Mówię stanowczo.
            -Daj spokój. Chodź.- Kładzie dłonie na moich biodrach, podnosi mnie i stawia na lodzie, następnie szybko łapie mnie za dłonie i zaczyna jechać do tyłu.
            -Boje się Christopher…- Mówię łamiącym się głosem, ale co raz bardziej śmiech ciśnie mi się na usta.
            -Spokojnie.- Mówi uspokajająco.- Złapię cię przecież.
            Jedziemy tak przez chwilę, aż w końcu stwierdzam, że czas na zemstę za poranny wypadek z kołdrą. Szybko odpycham go i pędzę ile sił na drugi koniec. Kiedy jestem w bezpiecznej odległości widzę jak usiłuje się podnieść, a ja się śmieje.
            -To za siniaka na czole!- Śmieje się.
            -Ty kłamczucho!
            Kiedy już zwleka swój zadek z lodu zaczyna mnie gonić, a ja ze śmiechem na ustach uciekam mu. Gonimy się tak w kółko, zahaczając przy tym innych odwiedzających lodowisko. Jadę ile sił w nogach na drugi koniec lodowiska, aż w końcu jego silne dłonie oplatają mnie wokół talii i okręcają w kółko.
            -Postaw mnie, wywalimy się!- Krzyczę, ale wciąż się śmieje. W końcu Chris stawia mnie i odwraca do siebie twarzą. Jego ręce wciąż obejmują kurczowo moją talie.
            -Nie ładnie mnie tak okłamywać.- Śmieje się. Staramy się uspokoić oddechy, patrząc sobie w oczy. W końcu Chris opiera czoło o moje. Czuję jego przyspieszony rytm serca, podczas gdy moje chyba już leży na lodzie. Spoglądamy na siebie przez długą chwilę i zastanawiam się co jest tak wciągającego w jego oczach, że nie mogę oderwać od nich wzroku. Myślę też nad tym, w czym tak nadzwyczajne są moje oczy. Są małe i zielone, chociaż w sumie nie wiem czy to do końca zieleń… Nie wiem ile tak staliśmy, ale czas zdawał się zatrzymać. Przymknęłam oczy, kiedy zaczął się do mnie zbliżać, aż czyjś głos rozległ się przez głośniki.
            -Zmiana kierunku jazdy!
            Oderwaliśmy się od siebie jak oparzeni. Odjechałam od niego kawałek.
            -Chyba czas na nas… Muszę jeszcze zadzwonić do Jeremy’ego. Obiecałam mu.
            Chris patrzy na mnie dziwnym wzrokiem, ale po chwili kiwa głową i rusza do wyjścia. Właśnie, Jeremy… Muszę pamiętać o Jeremy’m. Póki co, chyba się umawiamy, a to byłoby ostro nie w porządku gdybym  flirtowała z innym, a już na pewno gdyby był to Chris. W tedy już byłabym totalnym zerem. Ja i Chris… Przecież ja nawet go nie lubię. A może… Może jest inaczej…
            -Chcesz jechać na tą kawę?- Pyta obojętnie, wyrywając mnie z rozmyśleń.
            -Nie, nie trzeba. Dzięki, że pamiętałeś. – Odpowiadam mu delikatnie oszołomiona. Szybko idę oddać łyżwy i wychodzę z budynku. Chrisowi się nie spieszy. Idzie za mną wolno. Otwiera auto. Wsiadamy do niego, ale resztę drogi spędzamy w ciszy. W sumie, to nic dziwnego.

 

***

            Jedyna osoba która przychodzi mi do głowy, żeby zadzwonić i nie być ocenioną to Jenna. Dawno nie rozmawiałyśmy ale ona nie jest dokładnie wciągnięta w to co tutaj się dzieje, w końcu mieszka w Malibu.
            Zdecydowana wyjmuję telefon  i wybieram numer do przyjaciółki, która o dziwo odbiera po dwóch sygnałach. To dobrze, bo melodyjka „Grania na czekania” jest tak samo wkurwiająca jak ta z hotelowych wind.
            -Esme! Stęskniłam się.- Wrzeszczy przez telefon do mojego ucha.
            -Hej Jenna, ja też. Muszę z tobą pogadać. Nie mam zbyt wiele czasu, korzystam z okazji pustego domu.- Mówię zgodnie z prawdą.
            -Chce znać każdą ploteczkę, biorąc pod uwagę, że dotyczy pewnie seksownego Chrisa Hale’a.- Mruczy.
            -Skąd wiesz?!- Odpowiadam przerażona. Kurde, jej tutaj nawet nie ma a jest w stanie się domyślić o co mi będzie chodziło.
            -Och, daj spokój… Widziałam wasze zdjęcia na fejsie, to znaczy no wiesz, zdjęcia na których byłaś oznaczona a on tam był. Dajesz, co się dzieje?
            Zebrałam się w sobie po kilku głębszych oddechach i z zamkniętymi oczami mówię.
            -Prawie się dzisiaj pocałowaliśmy… Byliśmy na łyżwach, fajnie się bawiliśmy i takie tam, aż w końcu, no wiesz. Przede wszystkim musisz wiedzieć, bo jak znam ciebie to nie uważasz tego za problem, Jeremy, jego najlepszy przyjaciel, jedyny przy którym Chris jest sobą, aktualnie kręci się koło mnie. Jer jest spoko, można powiedzieć, że się umawiamy. No wiesz, byłam z nim na balu, potem w Halloween wspólnie oglądaliśmy i niego filmy. A Chris, on mnie irytuje! Nie wiem jakim cudem taki irytujący człowiek uchował się na tej planecie.
            -Przystopuj, nie nadążam z ilością przysyłanych danych. Mówisz, że ty i seksowny Chris byliście na łyżwach?
            -No tak, sądził, że nie umiem jeździć. Najpierw nie wyprowadzałam go z błędu, ale jak już się dowiedział to zrobiło się zabawnie.- Zaczęłam się śmiać.
            -O mój Boże! Ty się śmiejesz na wspomnienie o chłopaku!
            -Daj spokój, okay. Poza tym, sama mówisz, że jest seksowny i…- Właśnie w tym momencie ustaje z wypowiedzią. Drzwi frontowe otwierają się, a ja szybko rozłączam się. Pisze Jennie tylko szybkiego sms’a.
            Postanowiłam zejść na dół i zobaczyć kto wrócił do domu. Chris pojechał wymyć auto, a Viviane i Will na zakupy. Oczywiście, biorąc pod uwagę mojego cholernego pecha, wrócił Chris. Zdejmuję właśnie swoje trampki na przedpokoju, podnosi wzrok i patrzy na mnie.
            -Co tam?- Pyta nonszalancko, tak jakby to co stało się jakieś trzy godziny temu nigdy się nie wydarzyło.
            -Nic ciekawego, rozmawiałam z kumpelą z Malibu…- To pytanie które mi zadał było totalnie bezsensu i nic nie wnosiło do rozmowy.
            -Will i Viviane w sklepie? – Idzie przez pomieszczenie i otwiera drzwi do salonu. Idę za nim, Chris uwala się na kanapie, a ja czuję stres który we mnie wzrasta. Zadaje pytania dosyć oczywiste, na które niezbyt trzeba odpowiadać.
            -Jak widzisz..- Mówię i siadam w bezpiecznej odległości od niego. Spogląda na mnie z ukosa, następnie bierze pilot i włącza telewizor. Zmienia kanał za kanałem. Atmosfera jest napięta i obydwoje to czujemy.
            -Gdzie nauczyłaś się jeździć?- Pyta, patrzy na mnie z bardzo dociekliwym wyrazem twarzy.
            -To tylko stereotyp, że w Kalifornii nie ma lodowisk. Właściwie to prawda, ale zimą, a w sumie tylko w grudniu często otwierają takie ślizgawki. Są specjalnie chłodzone. Kiedyś jacyś idioci z plaży, umyślili sobie, że skoro to na zewnątrz to bikini im wystarczy. Odmrozili sobie tyłki. Co święta chodziłam z koleżankami pojeździć na łyżwach. Mój ojciec tego nie lubił, zawsze uważał, że przez to jestem strasznie poobijana i nie wyglądam tak jak powinna wyglądać dziewczyna. – Na wspomnienie o ojcu wzdrygnęłam się.
            -Nie lubiłaś ojca, no nie?
            -To nie tak, ojciec to ojciec ale… nie mieliśmy najlepszego kontaktu. W sumie z matką też nie miałam dobrego kontaktu. Viviane tak, ja niezbyt. Byłam nie taka, jak oczekiwali ode mnie żebym była. – Mówię cicho i spuszczam wzrok. Ciężko mi o tym mówić, a poza tym to chyba nie czas żeby się przed nim otwierać.
            -Skądś to znam… Moi rodzice zawsze oczekiwali ode mnie więcej niż dawałem radę. Miałem się przez to za nieudacznika, stal starałem się sprostać ich wymaganiom. Lekcje gry na gitarze, lekcje śpiewu, szkolny teatr i nauka, najlepiej jeszcze z wyróżnieniem. Nie miałem czasu na normalną zabawę jak każde inne dzieciaki w moim wieku.
            Jego wyznania mną wstrząsnęły. Nie spodziewałabym się, że to jaki jest Chris, wynika z nieakceptacji najbliższych mu osób. Wiem z własnego doświadczenia jakie jest to ciężkie i wiem też, że nie łatwo o tym rozmawiać.
            -Przykro mi…- Mówię, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Chociaż sama wiem, jak wkurzające potrafią być te słowa.
            -Tak, mnie też… Wiesz, w sumie to polubiłem część z tych rzeczy. No bo na przykład lubię grać na gitarze, a do tego wyniki w szkole powodują, że mogę wybrać sobie prawie każdą uczelnie w kraju. Po prostu wiem, że co bym nie robił oni i tak mnie nie…
            Urwał swoją wypowiedź. Do domu weszli roześmiani Viviane i Will. Nie chciał przy nich gadać i w sumie całkowicie go rozumiem. Oni nie zdają sobie sprawy z tego jak być tym odrzuconym dzieckiem.

 

***
            Jeżeli czegoś się nauczyłam z tego trzymiesięcznego pobytu tutaj, to na pewno to, że sex shopy nie rozmnażają się tutaj jak grzyby po deszczu. Nie wiem w sumie czemu akurat taka myśl naszła moją głowę, ale jest poniedziałek rano, lekcja geografii, a nasz nauczyciel przynudza i plecie jak potłuczony. Wydaje mi się, że on sam nie wie co tutaj robi. Następną lekcję mam z Alec’iem, więc przynajmniej trochę poprawi mi humor, rzucając jakimś sprośnym żarcikiem na temat tyłków moich znajomych z paczki.
Kiedy dzwoni dzwonek wybiegam z klasy pierwsza i lecę na historię. Alec już tam stoi.
-Witaj królewno!- Wrzeszczy przez korytarz. Ludzie oczywiście zwracają wzroku ku mnie.
-Tak, hej Alec. Co u ciebie?- Pytam wesoło.
-Lepiej mów co słychać u ciebie. Słyszałem o twojej potajemnej randeczce z Christopherem Hale’m. Och jak ja bym schrupał jego tyłeczek…- Mruczy pod nosem.
Że co słucham, jaka randka? Kto widział nas na tym przeklętym lodowisku.
-To nie była randka, a poza tym skąd o tym wiesz?- Mówię szeptem, ale da się wyczuć przerażenie w moim głosie.
-Nie przejmuj się, znajomy znajomego was widział. Spoko, on nikomu nie powie, nawet nie jest z naszej szkoły. – Uspokaja mnie.
-To skąd zna Chrisa?
-No wiesz, Chrisa zna każdy. Jak opisał dziewczynę z którą był, to domyśliłem się, że to ty. No ale chce znać szczegóły, szczególiki!- Mówi podekscytowany i piszczy niczym mała dziewczynka na widok różowego jednorożca.
-Nie ma tutaj co opowiadać.- Mówię odrobinę zażenowana. –Wyszliśmy bo się nam nudziło, zrozum.
-Taa, jasne… Bo ci uwierzę.- Śmieje się.
-No tak, przecież wiesz, że ja nawet zanim nie przepadam.
-Ale za jego pupcią pewnie już tak…
Tak Alec, faktycznie urozmaiciłeś mój dzień!

 ________________________________

 

niedziela, 12 lutego 2017

Rozdział 8


           Zamknęłam oczy i czekam, czekam na choćby jedno słowo które wypłynie z ust dyrektora, jednak nie słyszę nic. Przez chwilę, łudzę się nawet, że to zwykłe majaki w stresie i tylko mi się wydawało, że ktoś szedł. Mam zamiar odetchnąć z ulgą, ale najpierw otwieram oczy i stwierdzam, że to wcale nie fata morgana. Koleś stoi i patrzy się z politowaniem, w zasadzie jedynie na Chrisa, który ledwo stoi na nogach i opiera się na mnie. Jego oddech, jest tak powalający, przez wymiociny, że mam ochotę samemu zwymiotować.
         -Ja to mogę wytłumaczyć!- Mówię łamiącym się głosem.
         -Wytłumaczysz mi to w gabinecie.
Pan Collins idzie przed nami. Nawet nie raczy pomóc mi z Chrisem. Wleczemy się za nim, a w mojej głowie odtwarzają się przeróżne scenariusze. Zastanawiam się, czy po tej sytuacji, Viviane nie pośle mnie do szkoły dla trudnej młodzieży, a znając ją, wszystko jest możliwe. Wchodzimy przez tylnie drzwi szkoły i kierujemy się do gabinetu dyrektora. Na całe szczęście nikt nie chodzi korytarzem. Kiedy więc wchodzimy do środka, oddycham z ulgą, że nikt nie zdążył nas zauważyć. Sadzam Chrisa na jednym z foteli, nie wiele to daje, bo nie jest w stanie usiedzieć, opada więc na podłokietnik. Ja siadam obok i patrzę przerażona na Collinsa, którego wyraz twarzy jest tak surowy, że mam wrażenie, iż umiałby zabić. Czuję jak wszystko zbiera mi się w gardle, a oczy robią się mokre. Jestem wkurzona na Chrisa i na siebie. Na niego, że zepsuł mi zabawę, a na siebie, że w ogóle poszłam go szukać. Mogłam się z nim też nie kłócić.
         -Proszę, panno Ronalds. Czekam na wyjaśnienia. Jaka wymówka tym razem?- Pyta ostro.
         -Na sam początek bardzo bym chciała pana przeprosić i błagam, niech pan nie zawiadamia mojej siostry i Willa.
         -Muszę się nad tym zastanowić. Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że pozwoliłem, żebyś doszła do naszej elitarnej placówki tylko ze względu na prośby twojej siostry. Obiecała mi, że jesteś dzieckiem nie sprawiającym kłopotów. Mogłem nawet przymknąć oko na przeciętne wyniki w nauce, bo wziąłem pod uwagę to, jak udzielałaś się w poprzedniej szkole. Byłaś przewodniczącą klubu bibliotecznego, prowadziłaś kółko teatralne, pomagałaś słabszym uczniom. Było tyle tego, że nawet nie pamiętam, a tym czasem ty, prócz sprawiania kłopotów, nie robisz nic. Najpierw poszła plotka o tym, że wylądowałaś w szpitalu z zatruciem alkoholowym, później te wagary a teraz to. Rozumiem, że po śmierci rodziców,  możesz cierpieć i chcesz jakoś to odreagować, ale musisz znaleźć inny sposób. Powinienem porozmawiać z twoją siostrą o wizytach u szkolnego psychologa.
         Przez cały monolog dyrektora, łzy spływały mi po policzkach. Dlaczego on nie widzi, że ta sytuacja to nie moja wina i jak w ogóle śmie wspominać o rodzicach? Czuje się parszywie, żałuje, że w ogóle tutaj przyszłam. Mogłam odmówić Jeremy’emu.
         -To nie tak. To wszystko… To były totalne nieporozumienia, nie chciałam żeby tak wyszło. Wcale nie chodzi tutaj o rodziców. To wszystko dzieje się tak nagle, nowe otoczenie, nowi znajomi. Nawet nie miałam czasu zorientować się o przynależności do jakiegokolwiek koła zainteresowania. Błagam pana, niech pan nie zawiadamia Viviane. Sama mogę się zapisać do szkolnego psychologa. Zrobię co pan zechce, ale niech pan do niej nie dzwoni.
         Collins patrzy na mnie ze współczuciem, ale jego twarz momentalnie surowieje, kiedy kończę mówić. Ten koleś chyba, nie potrafi być empatyczny.
         -Najpierw wytłumacz mi co tutaj się zdarzyło.- Mówi sucho.
         Kurde! Nie powiem mu przecież prawdy, wkopałabym Chrisa i siebie w sumie też, że wiedziałam o tym, że ćpuni spotykają się w starej części szkoły.
         -No więc, Chris ma zatrucie pokarmowe. Potwornie zaszkodziła mu wczorajsza pizza. Już wczoraj był nie wyraźny, było mu niedobrze i w ogóle. Przypomniałam sobie, że moja babcia używała na takie dolegliwości nalewki z orzecha włoskiego. Viviane miała zapas czegoś takiego w domu, więc dałam Chrisowi, żeby to wypróbował, z nadzieją, że mu odrobinę przejdzie. No i w sumie pomogło, to tak ma działać. Powinien wymiotować, ale on przesadził z ilością. Przynajmniej porządnie oczyścił jelita.
         Ta historyjka jest tak samo naciągana, jak ta, dlaczego mama chciała wyjechać z Malibu, ale trudno.
         -Mogłaś wymyślić coś bardziej wiarygodnego.- Prycha i zaczyna się śmiać pod nosem. Kręci głową zrezygnowany. – I co ja mam z wami zrobić?
         -Toniejejina…- Mruczy Chris.  I ja i dyrektor, momentalnie kierujemy wzrok na chłopaka.
         -Co?- Pytam go i podnoszę jego głowę z podłokietnika, żeby nie mówił w materiał.
         -To… Nie… Jej wina.- Wyrzuca z siebie i znowu zaczyna wymiotować. Odwracam wzrok żeby na to nie patrzeć i zaciskam powieki, żeby więcej łez już nie wypłynęło na moje policzki. Wystarczająco się rozmazałam. Collins za to podkłada Chrisowi kubeł na śmieci.
         -Esme, idź już stąd, jego zawiozę na wytrzeźwiałkę czy na cokolwiek. Nie zawiadomię twojej siostry, ani brata Chrisa. Ale ostatni raz pojawiasz się tam, gdzie nie powinnaś, rozumiesz?- Pyta mnie ostro.
         -Tak, rozumiem. Dziękuje panu.- Idę do drzwi, jednak zatrzymuję się przy klamce. Odwracam się przez ramię.- Mam prośbę, niech pan da mi znać co z nim… Jutro rano go odbiorę, razem z Jeremy’m.
         -Dobrze, zawiadomię cię. A teraz zmykaj już stąd.
         Wychodzę z gabinetu i w sumie biegnę na salę. Chcę jak najszybciej znaleźć moich znajomych i poprosić ich o odwiezienie do domu. Łzy płyną mi jak z jakiegoś wodospadu. Jest mi tak wstyd.
         -Esme!- Słyszę swoje imię. Odwracam się do tyłu i widzę Jeremy’ego. Automatycznie biegnę do niego i wtulam się w jego ramię. Czuje potrzebę przytulenia się do kogoś. Nie chce czuć się samotna.
         -Hej, spokojnie. Co się dzieje?- Szepcze mi do ucha i pocieszająco głaszcze po włosach, co mimo wszystko sprawia, że drętwieje, ale mam to gdzieś. Potrzebuję teraz jego wsparcia.
         -Chce do domu.- Chlipię mu w rękaw podwiniętej, białej koszuli.
         -Spokojnie, zaraz cię zawiozę. Co się stało, coś z Chrisem?- Odchyla moją twarz i trzyma w dłoniach.  Kiwam i kręcę głową na przemian. – Wyjaśnisz mi to w samochodzie, zgoda?- Pyta, a ja tylko przytakuję i razem z nim idę do auta. Bolą mnie stopy, bo nie mam na nogach butów, zostały w gabinecie dyrektora, a poza tym już wystarczająco je poraniłam, idąc wcześniej po żwirze.
         Kiedy wsiadamy do auta, zaczynam wszystko tłumaczyć Jeremy’emu. Dowiaduję się przy okazji, że to nie pierwszy raz kiedy Chris wymiotuje po zmieszaniu trawy z alkoholem. Przynajmniej wiem, że nic mu nie będzie. Mimo tego, że jestem teraz na niego tak wściekła, martwię się. Nie chcę, żeby coś mu się stało.

 

***

         Pierwsze co robię po obudzeniu się, to ubieram się w dżinsy, zwykły T-shirt i bluzę. Na ramiona zakładam jeszcze puchaty bezrękawnik a na nogi moje czarne conversy. Włosy spinam w kitkę i jak najszybciej chcę się dostać do szpitala, w którym przyjęli Chrisa. Jer miał mnie tam zawieźć, ale stwierdziłam, że pójdę tam sama i mu nawtykam. Gdyby Jer poszedł ze mną, to pewnie zdołałby mnie uspokoić.
         -Gdzie wychodzisz?- Zatrzymuje mnie przy wyjściu Viviane.
         -Idę do Georgie. – Odpowiadam, prawie bez zastanowienia.
         - Podrzucić cię?- Pyta.
         -Nie, dziękuje. Trafię.- Mruczę pod nosem.
         -Słuchaj…- Zaczyna. Spuszcza głowę i kontynuuje.- Przepraszam, za to co ci w tedy powiedziałam, i za moje zachowanie. Zachowałam się jak suka. Wiem, że matka miała swoje humory i wcale nie zgadzam się z jej opinią. Kocham cię Esme.- Viviane podchodzi do mnie i mocno przytula. Czuje łzy pod powiekami, a ponieważ nie mam makijażu postanawiam się rozpłakać.
         -Ja ciebie też Viv. Nie gniewam się, wiem, że sprawiałam problemy.- Szepcze.
         -To ja przesadzałam i wyolbrzymiałam. A teraz leć już, nie będę cię zatrzymywała. Wezwij taksówkę. Dam ci pieniądze.- Viviane sięga do portfela który ma torebce i wyjmuje z niego pięćdziesiąt dolarów. Całuje mnie jeszcze w policzek i uśmiecha do mnie. Odwzajemniam uśmiech i wychodzę. Dzwonię po taksówkę i czekam aż po mnie przyjedzie, a następnie jadę do szpitala w którym leży ten zdechlak.


***

         -Przepraszam, gdzie znajdę Christophera Hale’a? – Pytam w recepcji pielęgniarkę.
         -Zaraz powinien zejść, miał robione badania toksykologiczne. Kim pani dla niego jest?- Pyta pielęgniarka i zerka na mnie z ukosa.
         -Siostrą. Młodszą siostrą. – Mówię szybko.
         -Zaraz powinien tutaj być. Jego stan jest w normie. Jest jeszcze osłabiony, ponieważ miał robione płukanie żołądka. Musieliśmy pozbyć się całego alkoholu z organizmu. Dostał dwie kroplówki i leki wzmacniające. Badania wykazały, że w jego organizmie było coś poza alkoholem, więc zrobiono mu toksykologię. Badania powinny być jutro rano. Wyślemy je pocztą.
         -Dobrze, dziękuje za informacje.- Mruczę.
         Jestem w totalnym szoku. Trawa daje aż takie znaki? Idiota! Teraz to będzie miał przechlapane, ale ja go nie będę kryła, o nie, nie… Zasłużył sobie dupek. Teraz jestem na niego wkurzona podwójnie. Przez to chodzenie po żwirze, mam całe poranione stopy. Dobrze, że jakoś wepchnęłam je w buty, bo są owinięte bandażami.
         -Esme? Co ty tutaj robisz?- Słyszę jego głos i mam ochotę mu upierdzielić
         -Dziwi mnie jak nasz dyrektor mógł być dla ciebie taki wspaniałomyślny! Powinieneś się zarzygać tam, wiesz?! Jestem na ciebie taka wkurzona, że nawet sobie nie zdajesz sprawy jak! Przez ciebie znowu byłam bliska kłopotów! Ty… ty… dupku! Jesteś największym dupkiem jakiego kiedykolwiek miałam okazje poznać! – Wrzeszczę na cały szpital. Chris stoi w czystych ubraniach oparty o framugę drzwi, a wszyscy ludzie, chodzący po korytarzach patrzą się na nas.
         -Nic nowego mi nie powiedziałaś, wiesz?- Śmieje się.- A teraz przestań wrzeszczeć, bo jesteśmy w szpitalu. Porozmawiamy na zewnątrz. Dowidzenia.- Rzuca do pielęgniarki z recepcji i wyprowadza mnie za ramiona ze szpitala. Stajemy dopiero jakieś dziesięć metrów za terenem szpitala. Odwracam się do niego.
         -Zniszczyłeś mi cały wieczór…- Syczę wkurzona.
         -Wiem i za to cię przepraszam. Nie powinno się to tak wydarzyć. Mam nauczkę.
         -Nauczkę, to będziesz miał dopiero, jak twoja toksykologia przyjdzie pocztą do nas do domu i znajdzie to Viviane albo Will.- Warczę. Ręce mam splecione na piersi, a moje oczy wyrażają mord. On za to, wydaje się być totalnie rozbawiony tą sytuacją.
         -Uspokój się. Te wyniki nie przyjdą do nas.  Podałem im fałszywy adres. A poza tym, dyrektor już nie raz ratował mi dupę. – Patrzę na niego zdziwiona i nie wiem co powiedzieć.
         -Jak to?
         -Normalnie. Nic by nam nie zrobił. A na pewno nie mi. Tobie tym bardziej, bo to nie była twoja wina, a mnie by oszczędził. Może jakaś nagana, ale wątpię. Mam najlepsze oceny w moim roczniku. Sama rozumiesz, geniusza się nie pozbędzie.- Prycha.- Ale doceniam kreatywność i historyjkę o zatruciu pizzą.
         -Ty gnido! Mam cię dosyć…- Warczę i mam ochotę go rozszarpać, ale po chwili łagodnieje.- A tak poza tym, to cieszę się, że nic ci nie jest i mam nadzieje, że już więcej nie odwalisz takiego czegoś. Nie mam zamiaru znowu się najeść tyle wstydu i tak na ryczeć jak wczoraj…
         I właśnie teraz Chris robi coś, czego bym się nie spodziewała. Przytula mnie. Tak najzwyczajniej w świecie.
         -Dzięki, że próbowałaś ratować mi dupę. Postaram się ogarnąć. Collins już mnie objechał. Musimy przez jakiś czas poudawać grzeczne dzieciaki.
         -Nie wiem jak ty, ale ja nie muszę udawać. Ja jestem grzeczna. A teraz, jak już poczułeś się lepiej, to mnie puść. Nie lubię jak…
         -Wiem, zauważyłem. Ale mój dotyk już ci nie przeszkadza. To też mi nie umknęło moja droga.- Śmieje się i mnie puszcza. – Jakoś ci się odwdzięczę.
         -Teraz to jedyne o czym marzę, to powrót do domu.- Mruczę.
_____________________________________________________________
Hej!
Wiem, w ferie powinnam się trochę podciągnąć, ale niestety, większość ferii nawet nie było mnie w domu. Mam nadzieje, że się wam podoba ;)

niedziela, 22 stycznia 2017

Rozdział 7


        Pamiętam, jak starsza siostra Jenny szła na swój bal maturalny. Ich mama spędziła z nią cały dzień, były razem u fryzjera, u kosmetyczki a na koniec razem z mężem robili jej zdjęcia. Tata Jenny się wzruszył. To było mega urocze. Ja stałam na uboczu i zazdrościłam im po cichu normalnej rodziny.
      Teraz ja idę na swój pierwszy bal, moja matka nie żyje, a moja siostra dalej się dąsa, chociaż i tak jestem pewna, że matka zachowała by się bardziej egoistycznie niż Viviane. Siostra oddała mi przynajmniej kasę za ubrania, żebym miała pełny budżet na karcie „wypadkowej”.
         -Nie mogę uwierzyć. Myślałam, że twoja siostra to fajna laska, a teraz okazuje się, że jest suką.- Syczy wkurzona Georgie.
         -Wiesz, w sumie ma podstawy żeby się wkurzać…
         -Daj spokój Ana, bez przesady! To jej siostra. Poza tym, dobrze wiesz jaki jest Chris, chciał sobie zrobić żarty i wywiózł ją za miasto.- Mówi Lizzy i wraca do malowania swoich paznokci u nóg.
         -Wszyscy zawsze winią tylko Chrisa, dali byście mu chociaż raz spokój. Ona nie ma pięciu lat. – Warczy Aileen.- Przykro mi skarbie, ale nie udawaj niewiniątka.
         -Ogarnij się Aileen.- Georgie staje w mojej obronie.
         Ja nic się nie odzywam i przysłuchuje się tylko ostrej wymianie zdań między dziewczynami. Zauważyłam, że Aileen i Ana nie są po mojej stronie. Georgie właśnie kręci mi włosy, co jest mozolnym zajęciem bo, moje siano jest anty lokówkowe.
         -Nie mam zaszłe Chrisowi tego, że pojechaliśmy za miasto. Przepraszał mnie z tysiąc razy, a poza tym, w gruncie rzeczy to był udany dzień, jednak faktycznie, gdyby mnie nie wywiózł to i bym nie miała teraz przekichane u Viv.
         -Ale Chris cię nie uchlał na imprezie…- Mruczy pod nosem Aileen.
         -Przynajmniej zapobiegła niechcianej ciąży. Aileen, zaczynasz mnie denerwować! Jak ci się coś nie podoba to wylatujesz. Zawsze bronisz Chrisa a on ma cię serdecznie w poważaniu. Spójrz logicznie, nigdy cię nie pokocha. On i tak sypia z innymi panienkami, a ty flirtujesz z każdym napotkanym na ulicy facetem. Ogarnij się i zobacz wreszcie, że ten związek nie ma przyszłości!
         Georgie jest strasznie zdenerwowana.
         -Uważaj, bo przypalisz jej włosy…- Ostrzega ją Lizzy.
         -Kurde, przepraszam!- Mówi spanikowana.
         -Nic nie szkodzi. Może jednak wymyślisz coś innego, co? Moje włosy i tak się nie zakręcą.
         -Nie denerwuj mnie… Zakręcę ci je, bodaj bym miała zadzwonić po najlepszego fryzjera w Seattle. Mój brat musi paść z wrażenia.- Mówi podekscytowana. Mam wrażenie, że Georgie bardziej się ekscytuje moim partnerem niż ja sama. Chyba strasznie widzi mnie w roli swojej szwagierki.
         -Witam piękne panie.
         Wszystkie odwracamy się w stronę drzwi. Cam stoi oparty o framugę i uśmiecha się do nas lubieżnie niczym stary zboczeniec na przystanku autobusowym.
         -Twój braciszek też tu jest. – Mówi do mnie, a ja nie mam pojęcia o co mu chodzi.
         -Cam, ja nie mam brata.
         -A Chris?- Pyta się jakby to było oczywiste.
         -On nie jest moim bratem…- Inaczej akcja sprzed kilku dni na korytarzu byłaby nie smaczna.
         -Och, mieszkacie razem i macie tych samych opiekunów. To prawie jak rodzeństwo.
         -Pierdzielisz od rzeczy Cam…- Mruczy Aileen.
         Kiedy Cam opuszcza pokój, panuje cisza. Słychać jedynie muzykę dobiegającą z głośników boombox’a. Czyli tak wyglądają przygotowania do balów. W sumie to duże zaoszczędzenie, jeśli to koleżanki cię malują i czeszą.  Georgie postanowiła się  nie czesać. Chce mieć jedynie warkocza. Dziewczyny są tym trochę zadziwione, bo to nie jej styl, jednak biorąc pod uwagę jej sukienkę i buty na delikatnej koturnie, faktycznie stawia na naturalność. To podobno nie w jej stylu, ale uważam, że Georgie będzie wyglądać dzięki temu cudownie. Jej buzia jest strasznie delikatna. Taki naturalny look wygląda w jej wykonaniu naprawdę dobrze.
         -OMG! – Krzyczy Lizzy.- Wyglądasz ślicznie.
         Odwracam się do lusterka i nie mogę uwierzyć w to co widzę. Faktycznie wyglądam zjawiskowo. Moje włosy serio się zakręciły. Jeśli wzmocnimy je lakierem do włosów, wytrzymają przynajmniej w postaci delikatnych fali. Mój makijaż podkreśla każdy zarys mojej twarzy i zakrywa mankamenty. Nie mogę wyjść z podziwu. Georgie odwaliła kupę dobrej roboty. Pierwszy raz od dawna, mogę spojrzeć w lustro bez obrzydzenia, może dlatego, że nie wyglądam tam jak ja…
         -Muszę pójść do łazienki.- Mówię cicho i wychodzę z pokoju, nie zważając na wołanie dziewczyn, że przecież mogę skorzystać z toalety Georgie. Na schodach stoi Chris i przygląda się mi. Czuję, że się rumienię.
         -Wyglądasz naprawdę ślicznie.- Mówi a do mnie nie docierają jego słowa.
         -Dziękuję. Co tutaj robisz?- Pytam.
         -Przyjechałem wcześniej. Will i Viviane gdzieś pojechali, więc stwierdziłem, że pośmieje się z was i tego całego szykowania, które trwa już drugi dzień.
         Ma racje, podczas gdy on stoi rozbawiony i patrzy na mnie z uśmiechem, ja stwierdzam, że nocowanie i wspólne spędzenie wczorajszego dnia wcale nie było konieczne, skoro my tak na dobrą sprawę i tak zaczęłyśmy szykować się kilka godzin temu. Nawet paznokcie malowałyśmy dzisiaj.
         -To do później.- Szepcze mi przy uchu i znika za drzwiami pokoju Jeremy’ego.

*** 

         Punkt dwudziesta podjeżdżamy pod szkołę. Dziewczyny uparły się, że pojedziemy innymi samochodami, żeby chłopcy zobaczyli nas dopiero na Sali. Nie wiedziała, że ja i Chris już się widzieliśmy. Powiesiła by mnie chyba, gdyby się dowiedziała, że zniszczyłam jej wielkie wejście. Georgie i Aileen konkurują razem o koronę królowej. Georgie co prawda nie zależy aż tak bardzo, robi to dla zabawy, Aileen jednak jest zafiksowana na punkcie tego tytułu. Szczerze mówiąc, to też nie zbyt rozumiem tę spinę, żeby samemu przyjechać do szkoły. Sądziłam, że przecież dziewczyny chcą pokazać się ze swoim partnerem. Ja przynajmniej bym wolała mieć takie wejście. No ale dla Georgie to ważne. Ona zajęła się organizacją całego balu, a potem robieniem z nas księżniczek.
         Kiedy weszłyśmy na salę wszystkie oczy skupione były na nas, co jakoś niezbyt mnie satysfakcjonowało. Wolałabym zdecydowanie skryć się gdzieś albo mieć moc niewidzialności. Peleryna niewidka Harry’ego Pottera byłaby teraz świetnym rozwiązaniem. Spojrzałam na Georgie, której twarz wyrażała więcej niż tysiąc słów. Można by było pomyśleć, że chcę kogoś zabić, a napięcie było widocznie odczuwalne. Spojrzałam więc w tym samym kierunku co ona i zrozumiałam o co jej chodzi. Nasi partnerzy postanowili zrobić sobie z nas żarty i przyjechać wcześniej. Stali przy stoliku z pączem i śmiali się z nas. Georgie wściekłaby się, gdyby wiedziała, że ja również ledwo tłumię śmiech. W końcu solidarność jajników nakazuje być po jej stronie, ale cała ta sytuacja wydaje się być ostro zabawna. Nawet dla mnie. Przemknęłam się więc cicho za dziewczynami żeby dołączyć do chłopaków i nie torować przejścia dla innych maturzystów. Jeremy spojrzał na mnie rozanielony, a ja uśmiechnęłam się do niego nieśmiało. To strasznie dziwne. W swoim życiu byłam tylko raz na randce. Zrobiłam to z litości, bo było mi szkoda chłopaka który był pryszczaty i żadna laska nie chciała się z nim umówić. Ponieważ Jenna była duszą towarzystwa, ja stawałam się częścią śmietanki, przynajmniej w pewien sposób. Umówiłam się z nim. Zaraz po naszej randce zrobiło się z niego niezłe ciacho. Zaczął chodzić do dermatologa, skorzystał z porad stylistów i cóż… bzyknął więcej dziewczyn niż kapitan drużyny footballowej. Na mnie już oczywiście nie spojrzał. Wcześniej to ja wstydziłam się tej randki, zaraz po randce, on wstydził się mnie. W pewnym sensie, nadal czuję, że to dzięki mnie z brzydkiego kaczątka stał się mega ciachem.
         -Ślicznie wyglądasz.- Wesoły głos Jeremy’ego rozbrzmiewa w mojej głowie głośniej niż „Be my lover” lecące w tle tej książkowej sceny.
         -Dziękuje. Twoja siostra chyba mnie zabije, jeśli się dowie, że uważam tę sytuację za mega zabawną.
         Jeremy patrzy na mnie rozbawiony i obejmuje mnie ramieniem. Zajmuje mi chwilę, żeby przyzwyczaić się do jego dotyku, podczas gdy kilka dni temu, dotyk Chrisa był dla mnie najnormalniejszą rzeczą na świecie. Czuję się odrobinę skrępowana, ale zarazem jest mi mega przyjemnie. Coś w tym chłopaku sprawia, że nie potrafię przestać się cieszyć.
         -Zdradziłaś nas.- Mówi złowieszczym głosem Georgie, ale zaraz potem sama wybucha śmiechem.- No cóż, przynajmniej wiem, że nie ma co wykorzystywać porad jakiejś nadętej vlogerki. No cóż, witajcie.- Georgie podchodzi do Cama i patrzy na niego zgryźliwie. Podobno przegrała jakiś zakład i to dlatego musiała pójść z nim. Ana opuszcza naszą grupkę wraz z osobą towarzyszącą a Lizzy i Brett idą na parkiet. Zostajemy więc w czwórkę, ja, Jer, Chris i Aileen. Ta ostatnia klei się do mojego współlokatora, jeśli tak go mogę nazwać, on zaś stoi nie wzruszony.
         -To co misiu, zatańczymy?- Mówi do niego zmysłowym głosem, ten zaś patrzy się błagalnie na Jeremy’ego.
         -Nie tańczę, wiesz o tym… Weź Jer’a.- Mówi znudzonym głosem.
         -Stary, nie zostawię Esme.- Odpowiada stanowczo. Ja jednak widzę wyraz twarzy Chrisa.
         -Spokojnie, możesz pójść zatańczyć z naszą przyszłą królową balu.- Powiedziałam ze sztucznym uśmiechem. Coś w głębi duszy mi szeptało, że w sumie to nie byłaby taka zła koncepcja, bo będę mogła chwilę porozmawiać z Chrisem.       
         Jeremy i Aileen poszli w stronę parkietu, ja usiadłam obok Chrisa i spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek. Nie patrzył na mnie. W zasadzie, to on nie patrzył się na kogokolwiek. Po prostu siedział z głową spuszczoną w dół.
         -Hej, coś się stało?- Zapytałam, bo miałam wrażenie, że jest przygnębiony.         
         -Daj mi spokój.- Warknął na mnie. Zdenerwowało mnie to. Poczułam jak się we mnie gotuje.
         -O co ci chodzi do jasnej cholery, co?!
         -O to, że takie dziewczyny jak ty potrafią tylko zranić. Zabawisz się Jeremy’m, on poczuje, że dla ciebie jest w stanie się zmienić, zakocha się w tobie a potem ty uznasz, że to jednak nie jest to czego szukasz i kopniesz go w tyłek. Nie chce być tego świadkiem.- Syknął. Patrzył na mnie wściekłym wzrokiem, a ja sama nie wiedziałam o co mu chodzi, przecież ja i Jeremy nawet nie jesteśmy parą, poza tym, nie ma powodów do zmartwień.
         -Słuchaj, po pierwsze to nie twoja sprawa, po drugie, on tylko zaprosił mnie na bal, po trzecie odpierdol się ode mnie, bo nawet nie mnie znasz, wydaje ci się, że kilka rozmów ze mną upoważnia cię do decydowania o tym co robię i o tym co zrobię? Nie jesteś jasnowidzem! Poza tym, rozumiem, że martwisz się o przyjaciela, ale czy przez chwilę przemknęło ci przez myśl, że nie tylko jedna strona może zostać zraniona? Odpieprz się po prostu od tego i zajmij się swoimi sprawami.- Potok słów który ze mnie wypłynął sprawił, że odetchnęłam. Wstałam z krzesła i ruszyłam w stronę drzwi, ktoś jednak pociągnął mnie za rękę. To oczywiście nie kto inny, jak Jeremy.
         -Gdzie się wybierasz? Jeszcze nawet ze mną nie zatańczyłaś.- Wziął mnie w objęcia i zaczął kołysać mną w rytm szybkiej piosenki. Roześmiałam się i zaczęłam się z nim najzwyczajniej w świecie bawić, zapominając o tym, jak jego kumpel mnie wkurzył i, że teraz prawdopodobnie się upija.

 

***

         Potańcówka mijała w szalonym tempie. Wszyscy się bawiliśmy i ku złości Aileen, to Georgie wygrała konkurs. Aileen wkurzyła się do tego stopnia, że teraz nawet się do nas nie odzywa, tylko obtańcowuje przypadkowych kolesi. Chris nie pije pączu jak wszyscy, on po prostu w jakiś dziwny sposób posiadał tutaj mocniejsze trunki. Obstawiam, że stare skrzydło szkoły mu w tym bardzo pomogło. Gdzieś koło godziny dwudziestej drugiej całkowicie się ulotnił. Aileen pojechała do domu z jakimś napakowanym kolesiem. Mnie, jednak zaczęła martwić ta nagła nieobecność Chrisa. Wkurzył mnie, to prawda, ale przecież jakby nie było jego przyjaciele go olali. Jeśli leży teraz nawalony, na jednym ze szkolnych korytarzy, to zawieszą go w prawach uczniach. Na imprezie to on mi pomógł. W sumie to można powiedzieć, że wiszę mu pewnego rodzaju przysługę.
         Spojrzałam po moich przyjaciołach, byli szczęśliwi, a ja nie chciałam im psuć zabawy, szturchnęłam więc lekko Jeremy’ego, który od razu odciągnął mnie na bok.
         -Co się dzieje?- Zapytał zmartwiony.
         -Mnie nic, ale martwi mnie to, że Chris gdzieś się ulotnił. Nie uważasz, że powinniśmy go poszukać?- Mówiłam to niepewnie, nie chciałam, żeby Jeremy poczuł się zmieszany moją propozycją, wiedziałam jednak, że jeśli on uzna, że nic się nie stało, ja i tak pójdę go szukać.
         -Masz rację, to odrobinę niepokojące. Wiesz co? Nie będziemy martwić reszty. Poszukamy go. – Powiedział, po czym delikatnie pomasował moje ramiona i uśmiechnął się pocieszająco.
         Wyszliśmy z Sali i od razu się rozdzieliliśmy. Jer postanowił obszukać wszystkie toalety męskie, a ja mimo jego zakazów, zbliżania się do starej części szkoły, i tak tam poszłam. Zdjęłam szpilki i trzymałam je teraz w dłoni. Szłam cicho po starym korytarzu szkolnym i zerkałam przez szyby do klas. Spostrzegłam, że w ostatniej z nich pali się światło. Od razu ruszyłam pędem w tamtą stronę. Wpadłam do pomieszczenia i od razu zaczęłam się krztusić. Było cholernie zadymione, samymi oparami można by było się nieźle ućpać... Nikogo tam nie było prócz Chrisa, opierającego się o ścianę. Siedział na podłodze. Obok niego zauważyłam chusteczki, brudne w wymiocinach. Od razu zrobiło mi się nie dobrze, ale wiedziałam, że ja nie mogę zacząć wymiotować.
         -Chris…- Szturchnęłam go delikatnie w ramię.-Hej, to ja, Esme.- Chłopak otworzył oczy i spojrzał na mnie nieprzytomnie, po czym skrzywił się, a jego głowa opadła na bok. Złapałam ją i przytrzymałam na wysokości moich oczu. Klęczałam między jego nogami i starałam się przywrócić go do żywych.
         -Chris, musisz się otrząsnąć słyszysz? Musimy stąd zniknąć.
         Chris wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem i zamknął oczy.
         -O nie, teraz nie czas na sen! Ogarnij się Christopher, słyszysz mnie?- Warknęłam i delikatnie pacnęłam go w policzek. Znowu otworzył oczy i tym razem się uśmiechnął. Grymas który miał wcześniej na twarzy zniknął.
         -Esme…- Mruknął pod nosem.- Masz otwartą dziuplę? Bo mój ptaszek chętnie w niej zamieszka.- Powiedział to niezwykle niewyraźnie, a potem uznał to za świetny żart i zaczął się chichrać. Ja byłam jedynie tym zdegustowana.
         -Musimy cię stąd jakoś przetransportować…- Powiedziałam do siebie i zorientowałam się właśnie, że zostawiłam torebkę na Sali, a tam też była moja komórka. I jak ja teraz skontaktuje się z Jeremy’m?
         -Musisz się podnieść, okay? Pomogę cię.- Wstałam na równe nogi i złapałam go za ręce. O dziwo posłuchał mnie i nawet, że wstał o własnych siłach. Podniosłam z ziemi moje buty i trzymając je w jednej ręce, a drugą podtrzymując Chrisa kierowałam się do wyjścia z pomieszczenia.- Ale ty jesteś głupi, wiesz o tym?
         -Nie mogę się pokazać w domu…- Wyszeptał mi do ucha, a potem zaczął wodzić swoimi ustami po mojej szyi, zdenerwowało mnie to więc pacnęłam go w głowę.
         -Uspokój się! To obrzydliwe, co właśnie teraz robiłeś. Musimy stąd wyjść niezauważeni przez nauczycieli. Masz telefon?- Zapytałam go, ale w sumie nie wiem po co, przecież do niego i tak nic nie dociera. Idiota…
         -Boczne drzwi…- Mruknął i usiłował coś wskazać. Na całe szczęście zobaczyłam napis „Wyjście ewakuacyjne” i w momencie ruszyłam w tamtą stronę. Kiedy wyszliśmy na świeże powietrze, odetchnęłam. Co prawda żwirek wbijał się w moje stopy, które były chronione jedynie przez moje rajstopy. Chris nagle stanął i zaczął wymiotować. Odskoczyłam od niego, chociaż wiedziałam, że nie powinnam. W tym samym momencie zobaczyłam kogoś idącego w naszą stronę z latarką. Im bliżej postać była nas, tym lepiej wiedziałam kim ona była… Dyrektor naszej szkoły parzył na Chrisa z politowaniem. Super, najwyraźniej ktoś nie chce, żebym odzyskała względy u mojej siostry…

 __________________________________________

 Hej!

Przepraszam, że tak długo nic nie było, ale byłam trochę zabiegana. Na całe szczęście rozdział już jest i mam nadzieje, że się podoba :D Jeżeli pojawiły się jakieś błędy to najmocniej przepraszam, ale nie przeczytałam go od początku do końca raz jeszcze, gdyż śpieszyłam się z dodaniem go ;)
Do napisania :*