niedziela, 12 lutego 2017

Rozdział 8


           Zamknęłam oczy i czekam, czekam na choćby jedno słowo które wypłynie z ust dyrektora, jednak nie słyszę nic. Przez chwilę, łudzę się nawet, że to zwykłe majaki w stresie i tylko mi się wydawało, że ktoś szedł. Mam zamiar odetchnąć z ulgą, ale najpierw otwieram oczy i stwierdzam, że to wcale nie fata morgana. Koleś stoi i patrzy się z politowaniem, w zasadzie jedynie na Chrisa, który ledwo stoi na nogach i opiera się na mnie. Jego oddech, jest tak powalający, przez wymiociny, że mam ochotę samemu zwymiotować.
         -Ja to mogę wytłumaczyć!- Mówię łamiącym się głosem.
         -Wytłumaczysz mi to w gabinecie.
Pan Collins idzie przed nami. Nawet nie raczy pomóc mi z Chrisem. Wleczemy się za nim, a w mojej głowie odtwarzają się przeróżne scenariusze. Zastanawiam się, czy po tej sytuacji, Viviane nie pośle mnie do szkoły dla trudnej młodzieży, a znając ją, wszystko jest możliwe. Wchodzimy przez tylnie drzwi szkoły i kierujemy się do gabinetu dyrektora. Na całe szczęście nikt nie chodzi korytarzem. Kiedy więc wchodzimy do środka, oddycham z ulgą, że nikt nie zdążył nas zauważyć. Sadzam Chrisa na jednym z foteli, nie wiele to daje, bo nie jest w stanie usiedzieć, opada więc na podłokietnik. Ja siadam obok i patrzę przerażona na Collinsa, którego wyraz twarzy jest tak surowy, że mam wrażenie, iż umiałby zabić. Czuję jak wszystko zbiera mi się w gardle, a oczy robią się mokre. Jestem wkurzona na Chrisa i na siebie. Na niego, że zepsuł mi zabawę, a na siebie, że w ogóle poszłam go szukać. Mogłam się z nim też nie kłócić.
         -Proszę, panno Ronalds. Czekam na wyjaśnienia. Jaka wymówka tym razem?- Pyta ostro.
         -Na sam początek bardzo bym chciała pana przeprosić i błagam, niech pan nie zawiadamia mojej siostry i Willa.
         -Muszę się nad tym zastanowić. Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że pozwoliłem, żebyś doszła do naszej elitarnej placówki tylko ze względu na prośby twojej siostry. Obiecała mi, że jesteś dzieckiem nie sprawiającym kłopotów. Mogłem nawet przymknąć oko na przeciętne wyniki w nauce, bo wziąłem pod uwagę to, jak udzielałaś się w poprzedniej szkole. Byłaś przewodniczącą klubu bibliotecznego, prowadziłaś kółko teatralne, pomagałaś słabszym uczniom. Było tyle tego, że nawet nie pamiętam, a tym czasem ty, prócz sprawiania kłopotów, nie robisz nic. Najpierw poszła plotka o tym, że wylądowałaś w szpitalu z zatruciem alkoholowym, później te wagary a teraz to. Rozumiem, że po śmierci rodziców,  możesz cierpieć i chcesz jakoś to odreagować, ale musisz znaleźć inny sposób. Powinienem porozmawiać z twoją siostrą o wizytach u szkolnego psychologa.
         Przez cały monolog dyrektora, łzy spływały mi po policzkach. Dlaczego on nie widzi, że ta sytuacja to nie moja wina i jak w ogóle śmie wspominać o rodzicach? Czuje się parszywie, żałuje, że w ogóle tutaj przyszłam. Mogłam odmówić Jeremy’emu.
         -To nie tak. To wszystko… To były totalne nieporozumienia, nie chciałam żeby tak wyszło. Wcale nie chodzi tutaj o rodziców. To wszystko dzieje się tak nagle, nowe otoczenie, nowi znajomi. Nawet nie miałam czasu zorientować się o przynależności do jakiegokolwiek koła zainteresowania. Błagam pana, niech pan nie zawiadamia Viviane. Sama mogę się zapisać do szkolnego psychologa. Zrobię co pan zechce, ale niech pan do niej nie dzwoni.
         Collins patrzy na mnie ze współczuciem, ale jego twarz momentalnie surowieje, kiedy kończę mówić. Ten koleś chyba, nie potrafi być empatyczny.
         -Najpierw wytłumacz mi co tutaj się zdarzyło.- Mówi sucho.
         Kurde! Nie powiem mu przecież prawdy, wkopałabym Chrisa i siebie w sumie też, że wiedziałam o tym, że ćpuni spotykają się w starej części szkoły.
         -No więc, Chris ma zatrucie pokarmowe. Potwornie zaszkodziła mu wczorajsza pizza. Już wczoraj był nie wyraźny, było mu niedobrze i w ogóle. Przypomniałam sobie, że moja babcia używała na takie dolegliwości nalewki z orzecha włoskiego. Viviane miała zapas czegoś takiego w domu, więc dałam Chrisowi, żeby to wypróbował, z nadzieją, że mu odrobinę przejdzie. No i w sumie pomogło, to tak ma działać. Powinien wymiotować, ale on przesadził z ilością. Przynajmniej porządnie oczyścił jelita.
         Ta historyjka jest tak samo naciągana, jak ta, dlaczego mama chciała wyjechać z Malibu, ale trudno.
         -Mogłaś wymyślić coś bardziej wiarygodnego.- Prycha i zaczyna się śmiać pod nosem. Kręci głową zrezygnowany. – I co ja mam z wami zrobić?
         -Toniejejina…- Mruczy Chris.  I ja i dyrektor, momentalnie kierujemy wzrok na chłopaka.
         -Co?- Pytam go i podnoszę jego głowę z podłokietnika, żeby nie mówił w materiał.
         -To… Nie… Jej wina.- Wyrzuca z siebie i znowu zaczyna wymiotować. Odwracam wzrok żeby na to nie patrzeć i zaciskam powieki, żeby więcej łez już nie wypłynęło na moje policzki. Wystarczająco się rozmazałam. Collins za to podkłada Chrisowi kubeł na śmieci.
         -Esme, idź już stąd, jego zawiozę na wytrzeźwiałkę czy na cokolwiek. Nie zawiadomię twojej siostry, ani brata Chrisa. Ale ostatni raz pojawiasz się tam, gdzie nie powinnaś, rozumiesz?- Pyta mnie ostro.
         -Tak, rozumiem. Dziękuje panu.- Idę do drzwi, jednak zatrzymuję się przy klamce. Odwracam się przez ramię.- Mam prośbę, niech pan da mi znać co z nim… Jutro rano go odbiorę, razem z Jeremy’m.
         -Dobrze, zawiadomię cię. A teraz zmykaj już stąd.
         Wychodzę z gabinetu i w sumie biegnę na salę. Chcę jak najszybciej znaleźć moich znajomych i poprosić ich o odwiezienie do domu. Łzy płyną mi jak z jakiegoś wodospadu. Jest mi tak wstyd.
         -Esme!- Słyszę swoje imię. Odwracam się do tyłu i widzę Jeremy’ego. Automatycznie biegnę do niego i wtulam się w jego ramię. Czuje potrzebę przytulenia się do kogoś. Nie chce czuć się samotna.
         -Hej, spokojnie. Co się dzieje?- Szepcze mi do ucha i pocieszająco głaszcze po włosach, co mimo wszystko sprawia, że drętwieje, ale mam to gdzieś. Potrzebuję teraz jego wsparcia.
         -Chce do domu.- Chlipię mu w rękaw podwiniętej, białej koszuli.
         -Spokojnie, zaraz cię zawiozę. Co się stało, coś z Chrisem?- Odchyla moją twarz i trzyma w dłoniach.  Kiwam i kręcę głową na przemian. – Wyjaśnisz mi to w samochodzie, zgoda?- Pyta, a ja tylko przytakuję i razem z nim idę do auta. Bolą mnie stopy, bo nie mam na nogach butów, zostały w gabinecie dyrektora, a poza tym już wystarczająco je poraniłam, idąc wcześniej po żwirze.
         Kiedy wsiadamy do auta, zaczynam wszystko tłumaczyć Jeremy’emu. Dowiaduję się przy okazji, że to nie pierwszy raz kiedy Chris wymiotuje po zmieszaniu trawy z alkoholem. Przynajmniej wiem, że nic mu nie będzie. Mimo tego, że jestem teraz na niego tak wściekła, martwię się. Nie chcę, żeby coś mu się stało.

 

***

         Pierwsze co robię po obudzeniu się, to ubieram się w dżinsy, zwykły T-shirt i bluzę. Na ramiona zakładam jeszcze puchaty bezrękawnik a na nogi moje czarne conversy. Włosy spinam w kitkę i jak najszybciej chcę się dostać do szpitala, w którym przyjęli Chrisa. Jer miał mnie tam zawieźć, ale stwierdziłam, że pójdę tam sama i mu nawtykam. Gdyby Jer poszedł ze mną, to pewnie zdołałby mnie uspokoić.
         -Gdzie wychodzisz?- Zatrzymuje mnie przy wyjściu Viviane.
         -Idę do Georgie. – Odpowiadam, prawie bez zastanowienia.
         - Podrzucić cię?- Pyta.
         -Nie, dziękuje. Trafię.- Mruczę pod nosem.
         -Słuchaj…- Zaczyna. Spuszcza głowę i kontynuuje.- Przepraszam, za to co ci w tedy powiedziałam, i za moje zachowanie. Zachowałam się jak suka. Wiem, że matka miała swoje humory i wcale nie zgadzam się z jej opinią. Kocham cię Esme.- Viviane podchodzi do mnie i mocno przytula. Czuje łzy pod powiekami, a ponieważ nie mam makijażu postanawiam się rozpłakać.
         -Ja ciebie też Viv. Nie gniewam się, wiem, że sprawiałam problemy.- Szepcze.
         -To ja przesadzałam i wyolbrzymiałam. A teraz leć już, nie będę cię zatrzymywała. Wezwij taksówkę. Dam ci pieniądze.- Viviane sięga do portfela który ma torebce i wyjmuje z niego pięćdziesiąt dolarów. Całuje mnie jeszcze w policzek i uśmiecha do mnie. Odwzajemniam uśmiech i wychodzę. Dzwonię po taksówkę i czekam aż po mnie przyjedzie, a następnie jadę do szpitala w którym leży ten zdechlak.


***

         -Przepraszam, gdzie znajdę Christophera Hale’a? – Pytam w recepcji pielęgniarkę.
         -Zaraz powinien zejść, miał robione badania toksykologiczne. Kim pani dla niego jest?- Pyta pielęgniarka i zerka na mnie z ukosa.
         -Siostrą. Młodszą siostrą. – Mówię szybko.
         -Zaraz powinien tutaj być. Jego stan jest w normie. Jest jeszcze osłabiony, ponieważ miał robione płukanie żołądka. Musieliśmy pozbyć się całego alkoholu z organizmu. Dostał dwie kroplówki i leki wzmacniające. Badania wykazały, że w jego organizmie było coś poza alkoholem, więc zrobiono mu toksykologię. Badania powinny być jutro rano. Wyślemy je pocztą.
         -Dobrze, dziękuje za informacje.- Mruczę.
         Jestem w totalnym szoku. Trawa daje aż takie znaki? Idiota! Teraz to będzie miał przechlapane, ale ja go nie będę kryła, o nie, nie… Zasłużył sobie dupek. Teraz jestem na niego wkurzona podwójnie. Przez to chodzenie po żwirze, mam całe poranione stopy. Dobrze, że jakoś wepchnęłam je w buty, bo są owinięte bandażami.
         -Esme? Co ty tutaj robisz?- Słyszę jego głos i mam ochotę mu upierdzielić
         -Dziwi mnie jak nasz dyrektor mógł być dla ciebie taki wspaniałomyślny! Powinieneś się zarzygać tam, wiesz?! Jestem na ciebie taka wkurzona, że nawet sobie nie zdajesz sprawy jak! Przez ciebie znowu byłam bliska kłopotów! Ty… ty… dupku! Jesteś największym dupkiem jakiego kiedykolwiek miałam okazje poznać! – Wrzeszczę na cały szpital. Chris stoi w czystych ubraniach oparty o framugę drzwi, a wszyscy ludzie, chodzący po korytarzach patrzą się na nas.
         -Nic nowego mi nie powiedziałaś, wiesz?- Śmieje się.- A teraz przestań wrzeszczeć, bo jesteśmy w szpitalu. Porozmawiamy na zewnątrz. Dowidzenia.- Rzuca do pielęgniarki z recepcji i wyprowadza mnie za ramiona ze szpitala. Stajemy dopiero jakieś dziesięć metrów za terenem szpitala. Odwracam się do niego.
         -Zniszczyłeś mi cały wieczór…- Syczę wkurzona.
         -Wiem i za to cię przepraszam. Nie powinno się to tak wydarzyć. Mam nauczkę.
         -Nauczkę, to będziesz miał dopiero, jak twoja toksykologia przyjdzie pocztą do nas do domu i znajdzie to Viviane albo Will.- Warczę. Ręce mam splecione na piersi, a moje oczy wyrażają mord. On za to, wydaje się być totalnie rozbawiony tą sytuacją.
         -Uspokój się. Te wyniki nie przyjdą do nas.  Podałem im fałszywy adres. A poza tym, dyrektor już nie raz ratował mi dupę. – Patrzę na niego zdziwiona i nie wiem co powiedzieć.
         -Jak to?
         -Normalnie. Nic by nam nie zrobił. A na pewno nie mi. Tobie tym bardziej, bo to nie była twoja wina, a mnie by oszczędził. Może jakaś nagana, ale wątpię. Mam najlepsze oceny w moim roczniku. Sama rozumiesz, geniusza się nie pozbędzie.- Prycha.- Ale doceniam kreatywność i historyjkę o zatruciu pizzą.
         -Ty gnido! Mam cię dosyć…- Warczę i mam ochotę go rozszarpać, ale po chwili łagodnieje.- A tak poza tym, to cieszę się, że nic ci nie jest i mam nadzieje, że już więcej nie odwalisz takiego czegoś. Nie mam zamiaru znowu się najeść tyle wstydu i tak na ryczeć jak wczoraj…
         I właśnie teraz Chris robi coś, czego bym się nie spodziewała. Przytula mnie. Tak najzwyczajniej w świecie.
         -Dzięki, że próbowałaś ratować mi dupę. Postaram się ogarnąć. Collins już mnie objechał. Musimy przez jakiś czas poudawać grzeczne dzieciaki.
         -Nie wiem jak ty, ale ja nie muszę udawać. Ja jestem grzeczna. A teraz, jak już poczułeś się lepiej, to mnie puść. Nie lubię jak…
         -Wiem, zauważyłem. Ale mój dotyk już ci nie przeszkadza. To też mi nie umknęło moja droga.- Śmieje się i mnie puszcza. – Jakoś ci się odwdzięczę.
         -Teraz to jedyne o czym marzę, to powrót do domu.- Mruczę.
_____________________________________________________________
Hej!
Wiem, w ferie powinnam się trochę podciągnąć, ale niestety, większość ferii nawet nie było mnie w domu. Mam nadzieje, że się wam podoba ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz