niedziela, 18 grudnia 2016

Rozdział 6


           Viviane nie przeszło. Wczoraj nie weszła do mojego pokoju, kiedy Chris go opuścił, nie weszła też rano do mojego pokoju. Kiedy zeszłam do kuchni, nie odpowiedziała mi nawet cześć. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale mam dosyć mojej siostry. Nigdy nie winiłam jej za to, że ona otrzymywała od rodziców miłość, której mi brakowało. Przecież to nie jej wina, że nasz ojciec był pieprzonym zwyrodnialcem, a matce zależało tylko na reputacji i na wspomnianym wcześniej zwyrodnialcu. Szczerze mówiąc, to nawet nie winie za bardzo o to wszystko ojca, bo tak na dobrą sprawę, matka jest tą osobą która powinna nauczyć dzieci miłości i tę miłość im dać. W wielu rodzinach jest różnie, ale to matka zawsze jest tą która spaja rodzinę. U nas tak nie było. Ona martwiła się tylko o reputację. Przecież każda normalna matka gdyby się dowiedziała o czymś takim, starała się by chronić swoje dziecko. Moja matka chciała wyjechać z miasta, bo sądziła, że zmiana otoczenia dobrze nam zrobi. Trudno to powiedzieć, ale moja matka byłą zwyczajną wariatką.
        Dzisiaj mamy jechać po Jeremy’ego więc w sumie nie muszę się bać, że Chris znowu wywiezie mnie o kilka mil za miasto. W sumie sądzę, że po wczorajszym, też by tego nie zrobił Uzgodniliśmy, że nie wspominamy o tym  i wracamy do normalności, ale prawda jest taka, że już nigdy nie będzie normalnie. Wczoraj nawiązała się między nami pewna więź, która szybko nie zniknie. Ja widzę w nim takiego skrzywdzonego małego chłopca, a on we mnie niezrównoważoną psychicznie laskę. Parka niczym z romansidła. Z tą różnicą, że ja nie jestem dziewczyną za którą uganiają się chłopcy, bo nie mam ani takiego ciała, ani wyglądu, ani nawet charakteru. Jestem najzwyklejszym człowiekiem, niczym się nie wyróżniam. A takie laski jak nie wyróżniają się wyglądem, to swoim specyficznym charakterem. Są albo cięte i odważne, albo nieśmiałe i cichutkie. Ja nie jestem ani jednym ani drugim. Jestem gdzieś pośrodku.
        Uznałam, że pora jednak przerwać te moje filozoficzne rozmyślania i zejść do auta Chrisa. Przejrzałam się jeszcze raz w lustrze i wyszłam z domu. Samochód stoi na podjeździe a Chris rozmawia z kimś przez telefon. Wsiadam do środka i zapinam pas.
        -Tak Aileen, pamiętam. Wiem, chcesz coś co będzie niepowtarzalne. Tak, rozumiem, oryginalny bukiecik z farbionych róż na fioletowy. Tak, zamówiłem przecież go. Czarny, sama go wybrałaś. Nie, Aileen, nie mam zamiaru mieć smokingu. Ogarnij się, powiedziałem ci już, że będę miał czarny krawat i nic mnie nie obchodzi czego ty chcesz, zgodziłem się już na tą butonierkę. Uspokój się Aileen bo zerwę z tobą przed całą szkołą. Na razie. Taa, wiem.
        Chris chowa telefon do kieszeni i spogląda na mnie. Staram się udawać, że nie słuchałam tej burzliwej rozmowy ale tak nie było. Ciekawi mnie cholernie o co w tym chodzi.
        -W sobotę jest bal czwartoklasistów, znaczy… to nie jest jeszcze studniówka czy prom, to taki jesienny bal. Czwartoklasiści mają trzy osobne potańcówki w roku szkolnym. Są całkiem fajne, chyba, że idziesz na nie z Aileen.
        -Co w tym takiego złego?- Pytam się go i chichoczę.
        -No wiesz, ona ma cholerne wymagania. Wszystko musi być tak jak się to jej podoba. Chociaż tyle, że udało mi się wynegocjować to, że idę w garniaku, a nie w smokingu czy fraku i, że nie musze zakładać fioletowego krawata.
        Przyglądam mu się przez chwilę, po czym dodaje:
        -Fiolet to nie twój kolor.
        Oboje zaczynamy się śmiać. Kurde, ciężko po wczorajszym dniu wrócić do normy.
        -Cieszę się, że się zgadzamy. Wypadałoby jechać, zanim się spóźnimy. Jer nienawidzi spóźnień. 
        -Ja tak samo ich nie lubię.
        -Och, ja tak samo, ale spóźnienia szkolne to nie to samo, co spóźnienia na umówione spotkanie.- Tłumaczy i włącza się do ruchu ulicznego. Jedziemy w ciszy, prosto pod dom Jeremy’ego. Nie jest to zbytnio po drodze do szkoły, ale Jer to najlepszy przyjaciel Chrisa.
        Parkujemy pod obszerną willą. Jest jak ta z bogatych dzielnic LA. Wyłożona specjalnym panelem w odpowiednich kolorach. Ma nawet basen, którego część jest na zewnątrz, a część w zaszklonej części.
        -Jeremy i Georgie są dziani. –Mówi nagle Chris. Patrzę na niego pytająco.- No wiesz, Georgie to jego siostra bliźniaczka, nie są podobni bo mają innych ojców. No wiesz, to jedna z tych sytuacji kiedy laska uprawia seks z dwoma facetami i oby dwóm udaje się ją zapłodnić. Z tym, że ojciec Georgie to dupek i ślad po nim zaginął, razem ze wspomnieniem z pamiętnego wieczoru. Ojciec Jeremy’ego to dziany koleś, to taki bardziej prawdziwy Grey. Kumasz, Grey, Seattle.
        -Tak, rozumiem Chris.
        Do tych czas, takie rzeczy widziałam tylko na filmach. Bliźniaki od dwóch różnych ojców. Zabawnie. Georgie i Jeremy totalnie się od siebie różnią. On ma jasne blond włosy i niebieskie jak lapis oczy, a ona ma czarne włosy, które aż przechodzą w granat i nie są farbowane i zielone oczy. Chociaż może ich rysy twarzy trochę są podobne… Przyjrzę się temu dzisiaj.
        -Siema.- Słyszę wesoły głos Jeremy’ego. Wsiada na tylne siedzenie auta i zapina pas.
        -Hej, gdzie Georgie?- Pytam bez zastanowienia.
        -Widzę, że poznałaś sekret.- Śmieje się.- Georgie została na noc u Lizzy i zabierze się z Brettem. A tak serio, to nie sekret. Wszyscy o tym wiedzą.
        -Gdyby to był sekret, nigdy byś nie usłyszała go z moich ust.- Mówi chłodno Chris. Zaczyna się…
        -Wczoraj ostro balowaliście na wagarach, co?- Śmieje się Jer. Sztywnieje.
        -Daj spokój stary.- Syczy nasz kierowca.
        -Właśnie, Esme! Mam dla ciebie propozycje, ale poczekam aż wysiądziemy z tego śmierdzącego wozu.
        -Wal się Jeremy, ja przynajmniej go mam.
        -Ja też mam auto, ale skonfiskowane.
Jejku, czy z twarzy tego chłopaka nigdy nie schodzi uśmiech? Zawsze się z czegoś śmieje, jak można być aż takim wesołym. Chociaż w sumie, jak się mieszka w takiej chacie i ma się takie idealne życie… Stop, nie, nie oceniaj nikogo, po pozorach. Ciebie też oceniali jako rozpieszczoną córeczkę z dobrego domku.
        Pod szkołą, Chris uważnie zaparkował, po czym wszyscy wysiedliśmy z auta, rzuciłam im krótkie cześć i ruszyłam w stronę szkoły, jednak zatrzymało mnie wołanie Jeremy’ego.
        -Esme, czekaj!
        Odwróciłam się do niego. Chris stał ostro wkurzony przy aucie. Kopnął zderzak od opony i szybko odszedł. Trochę mnie to zdziwiło
        -Co tam?- Uśmiechnęłam się do niego i podeszłam bliżej.
        -Bo tak sobie pomyślałem, że… Kurde jestem w tym słaby. W sobotę jest bal czwartoklasistów, to znaczy, osoby towarzyszące mogą być z młodszych klas. Ogólnie, to chciałbym zapytać, czy nie chcesz ze mną pójść?- Posyła mi zabójczy uśmiech, a ja rozumiem o co chodziło Chrisowi z tymi nerwami.
        -W sumie, to czemu nie.- Odparłam. Jezu, jestem taka podekscytowana. Jeremy jest naprawdę fajny i w sumie cieszę się, że zaprosił mnie. Jejku, będę osobą towarzyszącą na balu maturzystów i to jeszcze z kolesiem z drużyny. Już czuje, że obrobią mi tyłek. Jer to w sumie niezłe ciasteczko. 
        -Jejku, naprawdę? Cieszę się! Sądziłem, że nie będziesz chciała, ale chcesz! To świetnie, przy lunchu ustalimy szczegóły? Wiem, że dzisiaj nie jesz z nami, ale to nic. Przyjdźcie do nas wszyscy.
        -Okay, to do lunchu.
        Żegnam go uśmiechem i idę do budynku szkoły. Na korytarzu jest pełno ludzi, ale aktualnie jestem podekscytowana tym, że w sobotę będę bawiła się z maturzystami. Tak naprawdę nigdy nie byłam na balu. W Malibu nigdy nie miałam z kim chodzić, w sumie to mi nie przeszkadzało, ale mojej matce już jednak tak. Teraz to nawet nie moja potańcówka. Będę pewnie musiała sobie coś kupić, bo nawet nie mam kiecki na tę okazję.
        -Hej stokrotko!- Wesoły i ciepły głos Georgie zabrzmiał przy moim uchu. – Słyszałam, że mój brat zaprosił cie na bal! Jestem tym totalnie podjarana!- Wrzeszczy.
        -Ciszej, nie wszyscy muszą wiedzieć. Ja też się cieszę.
        -Pomogę ci dobrać ciuchy i w ogóle. Mówię ci! Będzie zajebiście!
        Też mam taką nadzieje…

 

                                                               ***

 

        W tej szkole plotki rozchodzą się z prędkością światła. W porze lunchu cała szkoła trąbiła, że niejaka Esme Ronalds, z drugiej klasy, idzie na bal dla czwartej klasy i to jeszcze ze szkolnym ciachem i gwiazdą drużyny Baseball’owej. Oczywiście niektórzy dokładali też swoje, mianowicie, że mnie przeleciał, że mu za to zapłaciłam. Druga część szkoły skupiła się jednak, na pierwszoklasistce która jest w ciąży z chłopakiem z czwartej. No więc nie byłam jedyną ofiarą plotek. Nie poszłam więc na stołówkę, bo wszyscy lampili by się na mnie, ponieważ ta ciężarna pierwszoklasistka nie chodzi do szkoły. Postanowiłam więc powłóczyć się trochę po szkolnych korytarzach, na przykład po tych na których jeszcze nigdy nie byłam. Korytarze w dosyć oddalonej części szkoły, zawsze ciemne i w ogóle mało kto z nich korzystał. Wiem, że było to stare skrzydło szkoły i zazwyczaj odbywały się tam spotkania szkolnych kółek, jakieś korepetycje czy wywiadówki z rodzicami. Jednak w czasie lekcji nikt tam nie chodził. To było właśnie fajne bo można się było schować, a nikt nawet nie zwracał uwagi na to, że tam siedzisz.
        Szłam więc tak sobie po korytarzu i myślałam tylko o tym, jak przez najbliższe dwa tygodnie unikać stołówki i jak unikać mojej siostry, bo jej też nie mam ochoty oglądać. Przez te rozmyślenia zderzyłam się z kimś. Kurde, a myślałam, że będę tu sama.
        -Co ty tutaj robisz?- Usłyszałam znajomy głos. Spojrzałam do góry i ujrzałam Chrisa.
        -Jak widać idę a ty śmierdzisz zielskiem..- Skrzywiłam się i chciałam go wyminąć, ale mi nie pozwolił.
        -Po co tutaj łazisz?- Zapytał zirytowany.
        -Miałam taką ochotę, nie chciałam pójść na stołówkę. Nie wystarczające wytłumaczenie? Jezu, wiem, że jesteś tępy, ale, że aż tak?
        Chris się zaśmiał. O co mu chodziło?
        -Słuchaj mała, ten teren w czasie lekcji, nie jest najlepszym terenem. Spotykają się tutaj różni ludzie, a plotka o tym, że nikt tutaj nie chodzi, wyszła właśnie od nich, żeby nikt inny tutaj też nie wchodził. Ciesz się, że trafiłaś na mnie a nie na jakiegoś zboczeńca. Tu nie ma monitoringu.
        -Przecież ty też jesteś zboczeńcem.
        -Ha-ha, śmieszna jesteś. Zmykaj lepiej na stołówkę.
        -Nie chcę tam iść… Wszyscy plotkują.- Mruknęłam i spojrzałam się w bok, byle tylko nie na niego.
        -Taki urok umawiania się ze szkolnym obiektem westchnień większość lasek. A nie, mówimy o Jeremy’m nie o mnie. W takim razie, taki urok umawiania się ze szkolną gwiazdą sportu.
        -Jesteś skromny.. A ty co tutaj robisz?- Spojrzałam się na niego i zobaczyłam, że ma przekrwione oczy. No tak, śmierdzi zielskiem. Myśli, ze jestem tępa?- Czekaj, nie odpowiadaj…
        -To zdecydowanie nie twoja sprawa co tutaj robiłem.- Syczy.
        -Oczywiście, że nie moja. Tak jak nie twoją sprawą jest to, że idę na bal z twoim kumplem.- Odbiłam pałeczkę.
        -Akurat to jest moja sprawa dziecinko. Wracaj na lekcje.- Warknął i mnie wyminął, ale tym razem to ja mu nie pozwoliłam i z rozbiegu wskoczyłam mu na plecy. Chris przez szok, stracił równowagę i runął na ziemię, łapiąc jeszcze w między czasie moje nogi i przetoczył się tak, że był nade mną.
        -Pojebało cię?! Mogliśmy się oboje zabić!- Krzyknął na mnie. A ja w tym czasie myślałam jedynie o tym, że prawdopodobnie znajduję się w najintymniejszej pozycji z chłopakiem, w moim życiu.
        -Chciałam się zatrzymać, a uznałam, że wołanie nic nie pomoże. Nie mam na tyle siły, żeby pociągnąć cię za rękę, więc postanowiłam, że będę po prostu oryginalna. – Powiedziałam dumna z siebie.
        -Nie przemyślałaś tego, że jestem na haju.- Mruknął pod nosem. Chyba miałam tego nie usłyszeć.
        -No niestety nie. Możesz się podnieść?- Zapytałam delikatnie go odpychając, ale on jeszcze mocniej wsparł się na ramionach.
        -To całkiem wygodna poza, nie sądzisz?- Wyszeptał mi prosto do ucha, takim głosem, że przeszły mnie ciarki. I właśnie w tedy się zorientowałam, że nie reaguje na jego dotyk, tak jak na dotyk innych.    
        Wodził swoją ręką po moim biodrze, a ja rozkoszowałam się chwilą, że chociaż raz nie czuje panicznego strachu kiedy ktoś mnie dotyka. Wręcz przeciwnie, jest to przyjemne, ale… nie powinno być
        -Zejdź ze mnie, płytki są zimne.- Mruknęłam i skrzywiłam się. Kłamałam, tak naprawdę ciepło bijące od jego ciała, wystarczało, żebym nie czuła lodowatych płytek pod plecami.
        Chris przybliżył się do mnie jeszcze bardziej, co spowodowało coś mega dziwnego między moimi nogami. Właśnie w tej chwili zaczęłam panikować. To by było na tyle za intymną chwilę. Dziękujemy bardzo.
        -Podnieś się, błagam.- Powiedziałam i zamknęłam oczy.- Podnieś się!
        Dopiero teraz pojął o co mi chodzi. Wstał i pomógł mi wstać.
        -Przepraszam, nie powinienem był.- Powiedział patrząc mi w oczy.
        -Nic nie szkodzi… Chcę wracać do domu, pójdę się zwolnić w sekretariacie.
Byłam rozkojarzona, uciekłam z korytarza i pognałam prosto do sekretariatu. Po drodze słyszałam, jak moi znajomi mnie wołają, ale ja po prostu nie zwracałam na to uwagi. Biegłam, bo nie chciałam czuć tego co wywołał we mnie dotyk tego chłopaka. Bałam się. Bałam się tego uczucia. To uczucie jest obrzydliwe, to przez nie, mówiono, że ofiary gwałtu  nie miały nic przeciwko, to przez nie, mówią, że jeśli ojciec molestuje córkę, to dlatego, że ona sama go prowokuje, że to z nią jest coś nie tak. Tylko, że to nie prawda. Kiedy ojciec dotyka własnego dziecka, czuje się jedynie odrazę, ból i przerażenie. Pora w końcu spojrzeć prawdzie w oczy, to nie była moja wina, matka się myliła. Tylko, że obiecałam jej, że nie powiem, a ja dotrzymuje obietnic. Dla dobra rodziny. Poza tym, kto by mi uwierzył? Viviane zawsze była zapatrzona w naszego ojca jak w obrazek Jezusa. Kochała go ponad życie i uważała, że jest bohaterem. Dla niej był inny, a mi zawsze powtarzał, że to kara za to,  że jestem nieudacznikiem, że do niczego się nie nadaje tylko do tego. Viviane zawsze była jego córeczką. Nikt przecież w to nie uwierzy. Poza tym, ojciec nie żyje, a żeby mnie naprawić, jest już zdecydowanie za późno.

 

                                                                  ***

Po szkole nie wróciłam od razu do domu. Najpierw pojechała jeszcze do centrum handlowego, żeby kupić sobie sukienkę na bal. Wybrałam sukienkę z długim rękawem, mającą kwadratowy dekolt, składała się tak jakby z dwóch części, ze spódnicy i  bluzki, które były ze sobą zszyte. Bluzka kończyła się mniej więcej pięć centymetrów pod piersiami i byłą bawełniana, dalej rozchodziła się rozkloszowana spódnica na kole z pianki. Miała kolor jasnoróżowy. Była przepiękna i kiedy tylko ją spostrzegłam, powiedziałam sobie, że muszę ją mieć. Do tego kupiłam jeszcze beżowe szpilki. Wykorzystałam kartę, która miała służyć na wszelki wypadek. Nie było ze mną Viviane, a ja nie miałam gotówki, więc był to wypadek.
Tak więc z torbami i kubkiem ze Starbucksa wróciłam do domu.
-Gdzieś ty była?!- Usłyszałam krzyk  o dziwo Willa.
- Na zakupach, w sobotę idę na bal, zostałam zaproszona.- Powiedziałam niewzruszona, co jak mniemam powodowały tabletki na uspokojenie, które wzięłam. Do tego kawa. Tja.
-Jezu, przeraziłaś nas, kiedy nie wróciłaś ze szkoły z Chrisem.- Odparł z ulgą Will.- Viv nie ma jeszcze i o niczym nie wie, nie powiem jej. Obiad jest w lodówce, odgrzać ci?
-Nie, dziękuje.- Byłam trochę zdziwiona, tą nagłą sympatią mojego szwagra, ale no cóż.
-Chris wrócił naćpany. Nie mam już do niego siły.- Mruknął pod nosem i wyszedł z kuchni.
Teraz coś zrozumiałam, jemu zależy na Chrisie. Viviane po prostu wierzy w farmazony matki. Taka jest różnica pomiędzy Willem a moją siostrą. On uwierzył by w każde słowo Chrisa i zrobiłby wszystko, żeby mu pomóc. Ona uwierzy w każde słowo, tylko nie w moje i woli uważać, że jestem rozwydrzoną nastolatką. Przykre, ale prawdziwe.
Kiedy weszłam do pokoju, cały czas myślałam o tym co zdarzyło się w szkole i czy powinno się zdarzyć. Coś mi się wydaje, że ten chłopak nieźle namiesza w moim życiu.

Hej!

Przepraszam, że tak długo nie było rozdziału, mam nadzieje, że ktoś wciąż jeszcze tutaj bywa xD W święta nadgonię, obiecuje J Teraz mam zapierdziel w szkole, a dzisiaj to już totalnie nie wiem od czego mam zacząć. Do napisanie :*

wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 5


            Obudziłam się z okropnie ciężką głową. Całą noc przepłakałam a do tego, zasnęłam na posadzce w łazience. Podniosłam się więc z zimnej podłogi i spojrzałam w lustro. Wyglądam gorzej, niż w tedy w szpitalu. Wzięłam z szafki szczotkę i rozczesałam powoli moje posklejane od łez kosmyki włosów. Kiedy w końcu udało mi się to zrobić, zbieram je w kok, żeby nie było widać, że nie są pierwszej świeżości. Myje buzię zimną wodą, żeby odrobinę się rozbudzić, a następnie przemywam ją płynem do demakijażu, ponieważ mam pandy pod oczami. W końcu przychodzi moment makijażu. Rozprowadzam niewielką ilość podkładu na twarzy, korektorem zamalowuje niedoskonałości a oczy maluje tuszem do rzęs. Z szafy w pokoju, wyjmuje dżinsy, biały podkoszulek i szarą bluzę z kapturem, zasuwaną na suwak. Po prysznicu ( tak wiem, kolejność wykonywanych czynności jest bardzo nie odpowiednia, ale nie myślę tak jak powinnam, w końcu spędziłam noc na posadzce w łazience) przebieram się w ubranie i schodzę na dół do kuchni. Wszyscy siedzą przy stole i jedzą śniadanie, czuje na sobie wzrok Chrisa, jednak nie odwzajemniam go.
         -Wyspałaś się?- Pyta obojętnie Viviane. Aha, dalej jest wściekła.
         -Nie za bardzo, ale ujdzie w tłumie…- Mruczę pod nosem i wyjmuje z lodówki jogurt.
         -Zjedz coś przyzwoitego.- Mówi do mnie siostra, ale ignoruje ją i zajadam się jogurtem.
         -Chris, twój samochód przyszedł z serwisu.- Oznajmia Will.- Dobra, musze lecieć, na razie.- Całuję Viv w policzek i opuszcza pomieszczenie. Siedzimy w ciszy, co nie jest w cale najgorsze, gorsza jest tak niezręczność wisząca w powietrzu.
         -Jedz szybko jak chcesz, żebym podrzucił cię do szkoły.- Burczy Chris i dopija swoją kawę.
         -Kto powiedział, że chcę z tobą jechać?- Pytam go, a w moim głosie idzie wyczuć gniew.
         -Jedziesz z Chrisem, nie mogę cię odwieźć…- Rzuca Viviane i wychodzi z kuchni. Jęczę a potem zerkam na chłopaka. Podnosi na mnie swoje czarne oczy, które przeszywają mnie na wylot.
         -Sorry za wczoraj.- Wypowiada te słowa tak cicho, że niemal ich nie słyszę. –A teraz zbieraj dupę, bo nie będę na ciebie czekał.
         -Wcale nie chcę z tobą jechać!- Warczę.
         -Trafisz sama do szkoły? A z resztą… rób co chcesz.- Burczy i wychodzi z domu. Po chwili namysłu, wychodzę jednak za nim i staje jak wryta, przed bardzo drogim samochodem którego jeszcze w życiu tutaj nie wiedziałam. Nie znam się na autach, ale na pierwszy rzut oka, widać, że to obecne tutaj, wcale nie było tanie.
         Wsiadam na miejsce pasażera i zapinam pas. Chris zerka na mnie z ukosa i uśmiecha się złowieszczo. Nie bardzo wiem co to ma znaczyć, ale obstawiam, że nic dobrego. No i się nie mylę. Chris, zamiast jechać w prawo, drogą która prowadzi do szkoły, skręca w lewo, droga wylotowa z miasta.
         -Co ty robisz?!- Krzyczę.
         -Jadę autem.- Odpowiada i się śmieje.
         -Tyle to i ja widzę! Dlaczego nie w drugą stronę?!
         -Bo nie jedziemy do szkoły.- Mówi to w taki oczywisty sposób, że mam ochotę wyrwać mu kierownicę z rąk i kierować za niego.
         -Jak to?! Czy ty chcesz, żeby Viviane była jeszcze gorzej zła?!- Warczę i szturcham go.
         -Co ty robisz wariatko, chcesz nas zabić?!- Wrzeszczy na mnie i naprostowuje samochód.
         -Akurat wydaje się to lepszym rozwiązaniem, niż perspektywa całego dnia z tobą!
         -Uspokój się, do cholery jasnej! Poza tym, nie przejmuję się tym, co pomyśli Viv. Ona i Will wkurwiają się na mnie z dosyć dużą częstotliwością. Gdybym chciał się tym przejmować, nie miałbym życia, no tak, zapomniałem, ty raczej i tak nie wyglądasz na buntowniczkę, tylko na grzeczną dziewusi z dobrego domu.
         -Wal się…- Syczę i odwracam głowę w stronę okna.
         Nim zdążę się zorientować, jesteśmy już za miastem. Nie odzywamy się do siebie, po prostu wsłuchujemy się w szum opon, sunących po autostradzie oraz w dźwięki radia. Jestem taka wkurzona, że chyba aż wychodzi mi para przez uszy, za to mój towarzysz jest niewzruszony faktem, że właśnie zabiera nas na wagary. Przecież jak Viviane się dowie, to nas powiesi. Powiesi nas… A ja nie chcę jej dokładać problemów. Znienawidzi mnie tak samo jak znienawidzili mnie rodzice. Jestem tego pewna w stu procentach.
         -Dobra, zawrzyjmy układ.- Odzywa się Chris, a jego czarne oczy zerkają na mnie przez chwilę.
         -Jaki znowu układ?- Mówię znudzonym głosem i odwracam w jego stronę.
         -Ty opowiesz mi dlaczego boisz się dotyku oraz o twoim idealnym domku, a ja odwiozę cię do szkoły. Może być?- Pyta zadowolony ze swojego planu, a mi zaczyna się wydawać, że wagary wcale nie są takim złym pomysłem, w porównaniu do rozmowy o domu i przeszłości.
         -To co było w Malibu, zostało w Malibu.- Staram się być opanowana.
         -Okay, to jedziemy dalej.- Prycha a na jego twarzy znów widnieje ironiczny uśmieszek. Ugh, jak ja go nie cierpię!
         -Ale z ciebie padalec.
         -A z ciebie niezrównoważona wariatka, ale uwierz, nazywali mnie gorzej niż padalec.- Puszcza mi oczko i znów skupia się na drodze.
         -Jesteś taki wkurzający, naprawdę! Niczym się nie przejmujesz, ale z ciebie egoistyczna małpa…
         -W przeciwieństwie do Jeremy’ego, co?
         -Tak, on jest… czekaj, co ma do tego Jeremy?- Pytam, strącona z drogi. O co mu chodzi?
         -To, że robisz do niego maślane oczka. Uwierz, wiem, kiedy laska ślini się na czyjś widok.- Śmieje się
         -Nie robię do niego maślanych oczu! A poza tym, to nie twoja sprawa. Zajmij się Aileen.
         -Oj robisz, robisz… Jer to mój kumpel, więc w pewnym sensie to moja sprawa, bo widok was obojga, nie jest zachwycający. Nie chcę skazać kumpla na wieczną męczarnie. No i do tego, spójrzmy prawdzie w oczy, związki monogamiczne są przereklamowane.
         -Przecież jesteś z Aileen.
         -Posłuchaj Esmeraldo, czy jak ci tam na imię… Aileen i ja żyjemy w wolnym związku, jasne, jesteśmy razem tylko dlatego, że ona jest najlepszą sztuką w szkolę, a na mnie poluje każda dziewczyna, zaraz po kapitanie drużyny, jestem najbardziej pożądanym kąskiem w szkole. Poza tym, nic nas nie łączy. Ona bzyka się z kim chcę, ja z resztą też. Totalnie mam ją w dupie.
         -Jesteś obrzydliwy…- Krzywię się.- Jak można tak traktować dziewczynę, nie widzisz jak ona na ciebie patrzy?
         -Niby jak? Daj spokój, to też nie jest jej bajka. Zaufaj mi…
         -Nie mam ku temu podstaw. – Przekomarzam się.
         -Oj daj spokój, kto chciałby bzykać się przez całe życie z jedną laską?- Pyta mnie, a wyraz jego twarzy jest tak samo dupkowaty, jak to co przed chwilą powiedział.
         -No wiesz, spałeś już z wieloma laskami, może pora przystopować.
         -A no tak, ty raczej nie wyglądasz na taką co sypia z chłopakami…- Śmieje się.
         -Skąd możesz o tym wiedzieć?- Pytam oburzona, mimo, że ma rację.
         -My umiemy wyczuć która panna jest dziewicą, gdybym nie wiedział, wpakowałbym się w jakieś uczuciowe gówno. Każda dziewica podchodzi emocjonalnie do seksu, no i takie laski jak ty. Ani nie wyglądasz jak Aileen ani się tak nie zachowujesz.
         -Do tego mnie obrażasz…- Zajebiście, nie dość, że dał mi do zrozumienia, że jego dziewczyna jest ładniejsza, to jeszcze ma mnie za wariatkę. Dżentelmen…
         -Nie miałem zamiaru cię obrazić. Słuchaj, gdybym chciał się pakować w związek z jedną laską, była by to dziewczyna twojego pokroju, delikatna i urocza. A nie jak Aileen, pyskata i ostra w łóżku.
         Czy on właśnie nazwał mnie uroczą? Ugh, to i tak dupek! Przez chwilę nic nie mówimy, po prostu jedziemy spokojnie, w całkowitej ciszy. Analizuje to co właśnie mi powiedział. Czy serio robię maślane oczy do Jeremy’ego? I czy serio jestem urocza? Pewnie i tak się tego nigdy nie dowiem. Pan „Jestem największe ciacho w szkole i przelecę każdą” nigdy się do tego nie przyzna, ani tego nie powtórzy.    
         To dziwne, ale z czasem moje nerwy na niego maleją. Nawet cieszę się, że urwaliśmy się ze szkoły. Nie mam humoru widzieć się z ludźmi gadającymi o moim zatruciu alkoholowym. Nagle czuje wibrowanie telefonu. Serce zaczyna mi szybciej bić, a dłonie się pocą. Będę miała przerąbane, wiem, że to Viviane… Wciskam zieloną słuchawkę i przykładam go do ucha.
         -Gdzie ty do jasnej cholery jesteś?!- Krzyczy.
         -W szkole…- Staram się udawać wyluzowaną i spokojną, ale wiem, że mi to nie idzie.
         -Słucham?! Dzwonił do mnie właśnie dyrektor i pytał, czy wszystko w porządku z tobą, bo nie ma cię w szkole. Z resztą Chrisa tak samo!
         -Mogę ci to wytłumaczyć!
         -A co tutaj tłumaczyć?! Myślałam, że jesteś inna, ale nie! Sądziłam, że byłam dla ciebie za ostra, że to jednorazowa sytuacja… Matka miała rację, są z tobą same problemy.
         Po tych słowach upuszczam telefon, który zlatuje gdzieś pod fotel. Chris patrzy się na mnie a jego wzrok tężeje a usta wyginają się w grymasie.
         -Nie mów, że będziesz płakała…
         Ale właśnie w tym momencie łzy płyną po moich policzkach. Nie mogę powstrzymać tego palącego uczucia, które zabija mnie od środka. „Matka miała rację”. Ona przecież nie wie. Jak w ogóle moja matka może obwiniać o to mnie, nie ojca?! Skoro byłam taka tragiczna, dlaczego mnie gdzieś nie oddała?! Przecież od początku byłam problemem.
         -Jezu, nie rycz, błagam. Czyjś smutek wprawia mnie w zakłopotanie. Uspokój się, błagam cię… Kurde, ja nawet nie wiem co się robi w takich sytuacjach. To znaczy, na filmach koleś zazwyczaj bierze dziewczynę na ręce, ale… Czy mogę zaoferować ci swoje ramię?- Pyta mega uprzejmie i zjeżdża na pobocze.
         Mimo, że to co mówi i jego paplanie jest takie uroczo śmieszne, nie mogę przestać płakać, za bardzo bolą mnie słowa które usłyszałam. Przecież nikt nie ma pojęcie… Ale Chris, po raz pierwszy odkąd tutaj jestem, zachowuje się tak jak powinien. Odsuwa swój fotel, odpina mój pas i bierze mnie na kolana, a ja nawet nie zastanawiam się nad tym wszystkim, tylko wtulam policzek w jego klatkę piersiową  i słucham bicia jego serca. Płaczę, bo tylko to od kilku lat potrafię robić najlepiej. Płakać… A on głaszcze mnie uspokajająco po głowię i wciąż do siebie tuli. Podświadomie wtulam się w niego jeszcze mocniej. Czuję jakby właśnie to miejsce, jego ramiona, były moją bezpieczną przystanią. Czuję się bezpiecznie i mam wrażenie, że nic tutaj nie może mi się stać. Tak powinnam się czuć przez całe życie, szkoda, że jednak tego nie miałam…
         -Co takiego powiedziała Viviane?- Pyta mnie Chris.
         -Nic konkretnego.- Chlipie, mimo to, oboje wiemy, że to kłamstwo. Chris wie, że nie ma sensu się kłócić i wraca do głaskania mnie po głowie i szeptania do ucha pocieszających słów oraz jakiś żarcików, które z czasem zaczynają mnie rozweselać. Może to jednak nie taki dupek?

 

*** 
         - Jak w ogóle mogliście nie pójść do szkoły?!- Wrzeszczy Viviane. Will nic się nie odzywa. Stoi i słucha, jak jego żona wrzeszczy na cały dom.
         -To moja wina, ona o niczym nie wiedziała. Daj je spokój.- Mówi totalnie nie przejęty sytuacją Chris. Ja nie mam nawet siły się bronić. Stoję tam, tak jakby nie dotyczyło to mnie. Chcę jedynie pójść do pokoju i zasnąć.
         -Nie mam do was siły…- Syczy Viviane i wychodzi z kuchni. Will poklepuje mnie po ramieniu i idzie za nią.
         Zerkam na Chrisa, po czym idę do swojego pokoju, a on, ku mojemu zdziwieniu, idzie za mną. Wchodzimy do pokoju i siadamy oboje na łóżku. Chris patrzy na mnie zmartwiony.
         -Wszystko ok?- Pyta.
         -Tak, w porządku… Możesz pójść do siebie.- Mówię od niechcenia, ale prawda jest taka, że nie chcę żeby szedł do siebie.
         -Ej, aż takim dupkiem nie jestem. Wiem, że w naszej szkole panuje wszechwiedząca opinia, że jest inaczej, ale dzisiaj nie zostawię cię w takim stanie jak ostatnio. Nie chcę, żebyś znowu spała w łazience, płacząc.
         Jego słowa mnie dziwią i wprowadzają w osłupienie.
         -Wiedziałeś, że śpię w łazience?- Pytam niedowierzając
         -Właściwie zobaczyłem to rano, ale nie chciałem cię budzić, bo mogłabyś wpaść w panikę. No wiesz… dotyk.
         -No tak, dziękuję. Tak w prawdzie, to jak to się stało, że trafiłeś do szkolnego zespołu?- Zmieniam temat, po sądzę, że powinnam dowiedzieć się o nim nieco więcej.  On wie o mnie w brew pozorom, naprawdę wiele.
         -Miałem do wyboru albo to, albo wydalenie ze szkoły. To kara, nie przyjemność.- Mówi i śmieje się. Jest inny, swobodny.       
         -A kiedy nauczyłeś się grać na gitarze?
         Wzdycha, a potem wstaje i zaczyna krążyć po pokoju.
         -Jako młody chłopak. No wiesz, miałem może dziesięć lat. Czułem potrzebę zaimponowania komuś. No wiesz, że ja też coś potrafię. Nie lubię o tym gadać. Zawrzyjmy umowę.
         -O nie… kolejną?- Jęczę, a on zaczyna się śmiać,
         -Ja nie pytam cię o przeszłość, a ty nie pytasz mnie. Logiczne? A i, od jutra wracamy do normalności. Nie mogę pozwolić ci się za bardzo panoszyć.- Żartuję.
         -Okay, umowa stoi. A, i zapamiętaj coś, to i tak nie fajne, jak traktujesz Aileen i inne dziewczyny.
         -Uwierz mi s… Moja droga, same się o to proszą
         -Co chciałeś powiedzieć?- Pytam zaciekawiona. Szybko się poprawił, a to było dziwne
         -Chciałem nazwać cię per „Skarbie”, ale uznałem, że nie, bo tak nazywam laski z którymi sypiam. Dopóki nie wymyślę ci czegoś fajniejszego, po prostu będziesz Esme.  Przecież z tobą nie będę sypiał
         -Fuuuj! To by było obleśne.- Śmieje się. On patrzy na mnie z uśmiechem.
         -Na pewno nie gorzej niż twoje rzygi na moim portkach.- Wybuchamy śmiechem. Jejku, on serio potrafi być fajny.- Dobranoc Esme.
         -Dobranoc Chris.
         Chris wychodzi z mojego pokoju a ja, zabierając po drodze swoje rzeczy idę do łazienki. Kurcze, on serio potrafi być uroczy, a szczególnie w tedy, kiedy panikuje. Majaczy w tedy jak pomylony. Podsumowując dzisiejszy dzień, nie było najgorzej. Zbliżyliśmy się do siebie, chcąc czy nie chcąc, no i mogłam poznać prawdziwe oblicze mojego współlokatora. On udaje takiego chama i dupka, a w rzeczywistości jest serio fajnym chłopakiem. Skoro chce, żebyśmy się ze sobą gryźli, luz. Prędzej czy później, sprawię, że wszyscy poznają tego chłopaka z tej drugiej strony. A na razie, może faktycznie skupię się n a Jeremy’m? Jest fajny, a skoro i tak niektórzy uważają, że robię do niego maślane oczka, czemu by nie próbować?

Hej!

Dzisiejszy rozdział bogaty w dialogi, ale coś takiego mi wpadło do głowy. Mam nadzieje, że się podoba ;) A od następnego rozdziału, ciąg dalszy przytyków i uwag między Chrisem a Esme :D

piątek, 25 listopada 2016

Rozdział 4


         Obudziłam się w jakimś białym pomieszczeniu, na pewno nie był to mój pokój. W oddali słychać krzyki Willa i Viviane. Zaczynam łapać ostrość obrazu i zdaje sobie sprawę, że jestem w szpitalu. Najpierw oczywiście wpadam w panikę bo nie wiem dlaczego tutaj trafiłam, ale powoli zaczynam odtwarzać zdarzenia z poprzedniego wieczoru i… O mój Boże, narzygałam Chrisowi na spodnie, po tym, jak nastałam go na uprawianiu dzikiego seksu z Aileen.
         -Jak mogliście w ogóle nas tak perfidnie okłamać?! Mogli nam zabrać opiekę nad wami. Co ci strzeliło do tego głupiego łba, żeby zabrać ją na imprezę?!- Krzyk mojej siostry unosi się w pomieszczeniu. Udaję, że dalej śpię, bo nie chcę żeby i mi się oberwało.
         -Po pierwsze to nie głupiego łba, ale pięknego jak cholera, a po drugie, ona ma swój rozum! Nie mogłem jej pilnować jak niemowlaka, chciała pić to piła, nawet o tym nie wiedziałem, ale pozwoliłem sobie zarzygać spodnie, więc należy mi się jakieś podziękowanie.- Mówi totalnie nie przejęty tą sytuacją.
         -Uspokójcie się oboje.- Warczy Will.- Jak to się stało, że ona zemdlała?
         -Nie wiem, wyszedłem dosłownie na moment z pokoju, kiedy wróciłem to spała, siedziałem przy niej chwilę, ale musiałem pójść się odlać, nie było mnie może dwie minuty, nie wiem, może nawet krócej. Jak wróciłem, Esme nie było, zaraz później zawołała mnie Georgie, żeby powiedzieć, że Esme zemdlała w ogrodzie, gdzie jakieś kutasy próbowały się do niej dobierać. Zabraliśmy ją do salonu i zadzwoniliśmy po pogotowie, no i w tedy lekarze powiedzieli, że prawdopodobnie to zatrucie alkoholowe.
         No tak, pamiętam. Wyszłam do ogrodu, żeby znaleźć Chrisa, a potem pamiętam już tylko dotyk tych obleśnych łap na moim ciele. Strach tak mnie sparaliżował, że nie miałam na nic siły. Do tego nabawiłam się zatrucia alkoholowego.
         -Tak właściwie, to czemu ona tak panicznie boi się dotyku?- Pyta Chris. Sztywnieje. Wiem, że Viv mu nie powie, bo sama nie wie, ale kiedyś i tak się dowiedzą…
         -Sama nie wiem, nawet nie wiedziałam, że się boi dotyku. Skąd ty to wiesz?- Pyta wyraźnie zmartwiona.
         -Zauważyłem to parę razy w tym tygodniu. Każde przypadkowe muśnięcie jej skóry kończyło się paraliżem. Mówię ci.- Mówi dosadnie.
         Otwieram oczy i spoglądam na nich.
         -To się doigrałaś młoda…- Syczy Viviane kiedy zdaje sobie sprawę, że nie śpię.- Czy ty wiesz, ile sprawiłaś nam kłopotów?! Odchodziliśmy od zmysłów jak zadzwonili ze szpitala! Wiesz, że przez operacje po wypadku musisz uważać z używkami! Cholera, jesteś głupsza niż myślałam, co ci w ogóle strzeliło do głowy?!
         -Mogłabyś się uspokoić, boli mnie głowa. Nie wyżywaj się też na nim, bo akurat on zachował się serio w porządku, pomógł mi, ale ja głupia wyszłam go szukać. Mogłaś siedzieć na dupie i czekać aż wróci. Wiem, zachowałam się okropnie i przepraszam, więcej się to nie powtórzy. Czuję się okropnie…- Powiedziałam cicho, bo nie miałam siły żeby ruszać ustami, ale musiałam coś się odezwać.
         -Masz szlaban, oby dwoje z resztą macie szlaban! A ponieważ ty już miałeś wcześniej a i tak wyszedłeś, masz podwójny szlaban!- Syknęła. Moja siostra starała się być stanowcza, ale chyba jej to nie wyszło.
         Chris zaczął się śmiać i pogłaskał ją po ramieniu.
         -I co, zabierzecie mi kondomy, czekaj, nie, telefon! Albo zabronicie oglądać telewizje. Daj sobie na wstrzymanie i się ogarnij. Nie jesteśmy już małymi dziećmi na litość boską, nie obraź się, ale nie boję się ani ciebie ani Willa.
         -Mógł byś okazać troszkę szacunku i postarać się chociaż nie dokładać nam problemów.- Warknął Will.
         -Jak macie się zamiar kłócić, to stąd wyjdźcie.- Syknęłam.
Nienawidzę darcia, moja matka przed wypadkiem darła się na okrągło, ale nie na ojca, na mnie. Butelka leżała nie tak, jak ona chciała i było źle. Z resztą z ojcem też się kłócili.
-Ona chyba powinna odpoczywać. Nie wiem w ogóle czemu tutaj siedzę, skoro wy już jesteście. Zwijam się…
-O nie kolego, nigdzie nie idziesz. Będziesz jej tutaj pilnował, bo niektórzy muszą pójść do pracy. Napsuliście nam i tak wystarczająco dużo nerwów, a ponieważ nawet nie ma mowy, żeby któreś z was dotarło dzisiaj do szkoły, siedzisz tutaj z nią.- Syknęła Viviane i wyszła. Will mruknął jakieś „Na razie” i poszedł za nią, a ja zamknęłam oczy i poczułam jak gromadzą mi się pod powiekami łzy.
-Uspokój się, bywało gorzej.- Powiedział obojętnie i odwrócił się w stronę okna, opierając dłonie o parapet. Miał napięte mięśnie. Dopiero teraz mogłam się przyjrzeć jak dobrze jest zbudowany.
-Dzięki i przepraszam…- Mruknęłam pod nosem i szybko odwróciłam głowę. On zaczął się śmiać.
-W sumie to było całkiem interesujące doświadczenie. No wiesz, żadna laska jeszcze nie puściła pawia na mój widok. To ja powinienem cię przeprosić, ale to, że teraz staram się być miły, nie znaczy, że będzie tak przez cały czas. Wyjdziesz ze szpitala i wracamy do starej wersji.
-Udajesz takiego dupka, czy faktycznie nim jesteś?- Syknęłam i uśmiechnęłam się ironicznie. On puścił mi oczko i też się uśmiechnął.
-Zgaduj.-Parsknęłam śmiechem.- O co ci chodzi z tym dotykaniem?
Zesztywniałam, nikt nigdy mnie o to nie pytał, a ja nie mówiłam i chyba nie jestem gotowa na to, żeby cokolwiek powiedzieć.
-Nie chcę o tym gadać, bądź tak miły i wyświadcz mi przysługę. Nie pytaj o to więcej.
         Nikt chyba nie lubi rozmawiać na takie tematy, poza tym chyba tylko tyle mogę zrobić dla matki, żeby jakoś jej zrekompensować to, że zepsułam naszą rodzinę. Miałam nikomu nie mówić i tak będzie. Nigdy ani słowa. Bez względu na to, kto to będzie.
         -Idę do bufetu, chcesz coś?- Pyta. Kręcę przecząco głową a on wychodzi.
         Sądzę, że Chris nie jest takim dupkiem za jakiego uchodzi, albo za jakiego chciałby uchodzić. Po prostu zbudował wokół siebie mur którego nikt do tej pory nie umie zburzyć. Musi to mieć związek z jego przeszłością, ale wiem, że nie mówi się o tym łatwo. Will w sumie też nigdy nie mówił nic o tym co wydarzyło się dawno temu. Podejrzewam, że wie jedynie Viviane. Chris  jest w porządku, kiedy chce oczywiście. Przede wszystkim nie jest wcale taki głupi, na jakiego się kreuje. Jest inteligentny. Nawet bardzo. O dziwo, ale odrabia zadania domowe w szkolnej bibliotece a w domu uczy się do testów. To dziwne, ale prawdziwe. On po prostu jest pełen skrajności, a nikt sam z siebie takim się nie staje. Nasz charakter i sposób bycia buduje się przez to, co przeżyliśmy. Każde nasze wspomnienie ma wpływ na naszą przyszłość, moje mają prostu odzew, boje się panicznie dotyku, a on nie pokazuje prawdziwego siebie do nikogo. Chyba, że jest to Jeremy. On wie więcej, ale jestem pewna, że i tak nikomu nie powie, to w końcu przyjaciel.
         Wezwałam wilka z lasu, bo Jeremy wkroczył właśnie z uśmiechem na ustach do sali, trzymając w rękach wielką czekoladę.
         -Coś na poprawę nastroju, ale chyba jedyne co możesz spożywać, to dożylna kroplówka, co nie?- Żartuje.- Gdzie Chris?
         -Poszedł do bufetu, ale mam to w dupie. Niech robi co chce. Fajnie, że przyszedłeś.- Posyłam mu uśmiech.
         -Zmartwiłaś nas wszystkich, jak mógłbym nie przyjść? Ale powiem ci, że nieźle. Zatrucie alkoholowe, bo pierwszej imprezie. Szacunek. Każdy w szkole o tym trąbi. A co do tych padalców, nie martw się już nimi. Sprawa załatwiona.
         -Czekaj… Cała szkoła mówi o moim zatruciu alkoholowym?!
         Świetnie, jedyne czego mi trzeba, to ciekawscy uczniowie mówiący o tym, jak nawaliłam się na imprezie u Lizzy.
         -No może nie cała, ale nie przejmuj się, przejdzie im szybciej niż ci się wydaje. Za tydzień będzie nowsza sensacja.
         -Kiepskie pocieszenie.
         -Co ty tutaj robisz?
         Głos należy do Chrisa, jest rozzłoszczony, co jest dziwne, jest też w ciężkim szoku i na jego twarzy maluje się ciekawość.
         -Przyszedłem odwiedzić naszą stokrotkę. W końcu wszyscy się martwimy.- Powiedział wesoło. Rany, czy uśmiech schodzi z twarzy tego kolesia?
         -To fajnie…- Mruczy Chris.- Chodź, odprowadzę cię do drzwi.
         Że co proszę?! Mam ochotę zacząć wrzeszczeć, nie rozumiem o co mu chodzi! Jeremy przyszedł mnie tylko odwiedzić, a on zachowuje się jakby popełnił jakąś zbrodnie. Przecież to nic złego.
         -Na razie Esme.- Mówi wesoło i wychodzi za Chrisem.
         Zmieniam zdanie, Chris to dupek…

 

***

         W szkole faktycznie wszyscy gadali o mojej wpadce za imprezie. Jak się okazało, tydzień wcale nie pomógł by wszystko ucichło, chodziło też wiele innych historii na ten temat, ale chyba nic na to nie poradzę. W Malibu też takie historie chodziły po szkole tygodniami. Tylko, że tam, nauczyciele nie zwracali na to, aż takiej uwagi. Tutaj patrzyli się na ciebie jak na jakiegoś padalca. Jak w ogóle mogłeś uchlać się na imprezie po jakiś dwóch tygodniach pobytu w mieście?! Jak widać można. Jestem na to żywym przykładem.
         -No nieźle, narzygałaś spodnie największego przystojniaka w tej szkole. Mocne.- Śmieje się Alec.- Uwierz mi, gdyby nagle zmienił orientacje, rwałbym go, jak Reksio szynkę. No wiesz, Reksio, to taki pies z polskiej kreskówki dla dzieci.
         -Wiem kim był Reksio, ale też nie rozumiem co wy wszyscy widzicie w Chrisie? Poza tym, nie wiem, czy twój partner chciałby się dowiedzieć o tym co powiedziałeś. Zastanów się Alec.
         -Och, on ma takie samo zdanie. Uwierz mi skarbie, homoseksualiści są bardziej otwarci i mniej zazdrośni w związkach niż wy. Tym bardziej, że każdy wie o tym, iż twój współlokator jest w stu procentach hetero. No wiesz, przeleciał prawie wszystkie laski z trzecich i czwartych klas. Drugich i pierwszych już  nie zdążył, bo sama rozumiesz, Aileen wydaje się być bezpieczniejsza. Nikt nie chce złapać wenery, chociaż dzisiaj każdy ma wenerę! On co prawda, żadnej nie złapał ale…-      Przerywam mu.

         -Nie obraź się Alec, wiem, że Chris jest świetnym tematem do rozmów w tej szkole, ba, w tym mieście, ale nie chce słuchać o jego życiu erotycznym.
         -Och, daj spokój stokrotko. Sądziłem, że dziewice lubią słuchać na takie tematy. No wiesz, ta ciekawość i w ogóle.
         -Ja nie lubię, to nie mój interes kto z kim sypia.- Warknęłam. Gdyby wiedział, dlaczego nie chce rozmawiać na takie tematy…- Poza tym, o co wam biega z tą stokrotką?!
         -No wiesz, jesteś jedyną drugoklasistką w paczce czwartoklasistów. Stokrotki są maleńkie, więc wszyscy uznali, że stokrotka to dobra ksywka.
         -A ty i twoi znajomi? Też należycie do paczki!- Burzę się, ale Alec się krzywi.
         -Och mała, kogo ty starasz się oszukać? My jesteśmy tam tylko dlatego, że kumplujemy się z tobą, oni nie trzymają się z takimi jak my.
         Nic już nie powiedziałam. Zrobiło mi się głupio. To nie powinno tak wyglądać, bo jestem pewna, że Alec nie miał na myśli różnicy wiekowej. On wyraźnie miał na myśli ich odmienność. Nie rozumiem jak ktoś może uważać się za kogoś lepszego, nienawidzę czegoś takiego. Każdy jest wyjątkowy, co czyni nas wszystkich takimi samymi. Kto by chciał zwracać uwagę na odmienność seksualną albo na subkulturę którą się reprezentuje? No dobra, ludzie zwracają na to uwagę, wiem, bo w Malibu nie należałam do lubianych. Tutaj należę tylko ze względu na Chrisa. Ciekawe, czy gdyby nie on, Ana też odezwałaby się, że wstyd zapraszać mnie na imprezy. Może Lizzy i Georgie faktycznie nie mają z tym problemu, ale na przykład ten buc Brett. On ma się na kogoś nie wiadomo lepszego. Nie rozumiem co on ma do nas wszystkich, bo szczerze mówiąc, na każdego patrzy z góry. Nawet na Lizzy, a przecież są razem. Czasem mnie to dziwi, dlaczego w ogóle są razem, ale wolę się w to nie wtrącać, to nie moja sprawa. W końcu ja na miejscu Aileen też nie byłabym z Chrisem, gdyby on mnie tak traktował, jak traktuje ją. No bez przesady, on ją totalnie olewa, prawie jak ja teraz olewam gościa od matmy. Powinnam robić notatki ale wiem, że i tak skądś je skombinuje. Przykro mi i mam wyrzuty sumienia, za to jak traktują moich znajomych, a przecież nie powinnam, bo wiem, że na to nie da się nic poradzić. Tak było, jest i będzie wszędzie.

 

*** 

         Po powrocie do domy standardowo wszyscy zasiedliśmy do wspólnego obiadu. Chris miał ten sam wyraz twarzy, obojętność zmieszana z wyższością, jednak to nie taka wyższość jak u Bretta, bo ta u Chrisa jest udawana. Brett po prostu serio uważa się za pana wszechświata, a jest co najmniej panem swojego kibla, bo pewnie w jego pokoju też rządzi ktoś inny. Z resztą, on nadaje się do dyrygowania spłuczką od klozetu. Chyba tylko to potrafi.

         -Jak było w szkole?- Pyta Viviane, chociaż wiem, że wciąż ma na nas nerwy.
         -W porządku. Jakoś zleciało.
         -A u ciebie Chris?- Pyta Will.
         -Jak zawsze…- Mruczy. On nigdy nie mówi o szkole, jakby wstydził się swoich osiągnięć. A wiem, że takowe posiada.
         -Smaczny obiad Viviane.- Mówię i uśmiecham się do niej.
         -Nawet nie próbuj się podlizywać…- Mówi, a na jej twarzy maluje się poirytowanie.
         -Nie wiesz ile razy tego próbowałem, na nią to nie działa.- Mówi Chris i czuje, że delikatnie szturcha stopą moją nogę. Przechodzi mnie dreszcz, który on dostrzega, robi ponownie to samo.
         -Możesz przestać?- Syczę.
         Wszyscy patrzą na mnie, Will i Viviane nie rozumieją co mam na myśli. Will patrzy wkurzony na brata.
         -Tylko ją szturchnąłem, bez przesady!
         -Nie lubię jak…- Nie jest dane mi dokończyć.
         -Nie obraź się siostrzyczko, ale to trochę dziwne, boisz się zwykłego dźgnięcia palcem, o co ci do cholery chodzi? Coś się stało w Malibu? Powiedz mi, mama mówiła, że…- Nie dała jej dokończyć. Wiedziałam co chce powiedzieć. Mama powiedziała, że… że co?! Że jestem wariatką?
         Zrywam się od stołu i ignoruje wołanie. Zamykam się na klucz w mojej łazience i zaczynam płakać. Nie rozumieją i chyba nigdy nie zrozumieją o co chodzi. Co da im to, że powiem? Przecież ich reakcja będzie taka sama jak matki. Rozbiłam rodzinę, to moja wina, to przeze mnie umarli, bo przeze mnie wyjechaliśmy z miasta. To wszystko moja wina. Pamiętam te słowa, kiedy się rozbiliśmy. Ojciec już nie żył, a ostatnie słowa mojej matki brzmiały „To twoja wina”, a ja chciała powiedzieć, że ją kocham… Nie oszukujmy się, byłam zwyczajnie jedną wielką pomyłką.

 

 

Hej!

Rozdział  w końcu jest, mam nadzieje, że się wam podoba ;) Tym razem trochę inny. W weekend nie wiem czy coś się pojawi, bo randkuje z angielskim, ale postaram się coś sklecić ;) Jeśli macie jakieś sugestie to śmiało piszcie w komentarzach. Do napisania J