piątek, 25 listopada 2016

Rozdział 4


         Obudziłam się w jakimś białym pomieszczeniu, na pewno nie był to mój pokój. W oddali słychać krzyki Willa i Viviane. Zaczynam łapać ostrość obrazu i zdaje sobie sprawę, że jestem w szpitalu. Najpierw oczywiście wpadam w panikę bo nie wiem dlaczego tutaj trafiłam, ale powoli zaczynam odtwarzać zdarzenia z poprzedniego wieczoru i… O mój Boże, narzygałam Chrisowi na spodnie, po tym, jak nastałam go na uprawianiu dzikiego seksu z Aileen.
         -Jak mogliście w ogóle nas tak perfidnie okłamać?! Mogli nam zabrać opiekę nad wami. Co ci strzeliło do tego głupiego łba, żeby zabrać ją na imprezę?!- Krzyk mojej siostry unosi się w pomieszczeniu. Udaję, że dalej śpię, bo nie chcę żeby i mi się oberwało.
         -Po pierwsze to nie głupiego łba, ale pięknego jak cholera, a po drugie, ona ma swój rozum! Nie mogłem jej pilnować jak niemowlaka, chciała pić to piła, nawet o tym nie wiedziałem, ale pozwoliłem sobie zarzygać spodnie, więc należy mi się jakieś podziękowanie.- Mówi totalnie nie przejęty tą sytuacją.
         -Uspokójcie się oboje.- Warczy Will.- Jak to się stało, że ona zemdlała?
         -Nie wiem, wyszedłem dosłownie na moment z pokoju, kiedy wróciłem to spała, siedziałem przy niej chwilę, ale musiałem pójść się odlać, nie było mnie może dwie minuty, nie wiem, może nawet krócej. Jak wróciłem, Esme nie było, zaraz później zawołała mnie Georgie, żeby powiedzieć, że Esme zemdlała w ogrodzie, gdzie jakieś kutasy próbowały się do niej dobierać. Zabraliśmy ją do salonu i zadzwoniliśmy po pogotowie, no i w tedy lekarze powiedzieli, że prawdopodobnie to zatrucie alkoholowe.
         No tak, pamiętam. Wyszłam do ogrodu, żeby znaleźć Chrisa, a potem pamiętam już tylko dotyk tych obleśnych łap na moim ciele. Strach tak mnie sparaliżował, że nie miałam na nic siły. Do tego nabawiłam się zatrucia alkoholowego.
         -Tak właściwie, to czemu ona tak panicznie boi się dotyku?- Pyta Chris. Sztywnieje. Wiem, że Viv mu nie powie, bo sama nie wie, ale kiedyś i tak się dowiedzą…
         -Sama nie wiem, nawet nie wiedziałam, że się boi dotyku. Skąd ty to wiesz?- Pyta wyraźnie zmartwiona.
         -Zauważyłem to parę razy w tym tygodniu. Każde przypadkowe muśnięcie jej skóry kończyło się paraliżem. Mówię ci.- Mówi dosadnie.
         Otwieram oczy i spoglądam na nich.
         -To się doigrałaś młoda…- Syczy Viviane kiedy zdaje sobie sprawę, że nie śpię.- Czy ty wiesz, ile sprawiłaś nam kłopotów?! Odchodziliśmy od zmysłów jak zadzwonili ze szpitala! Wiesz, że przez operacje po wypadku musisz uważać z używkami! Cholera, jesteś głupsza niż myślałam, co ci w ogóle strzeliło do głowy?!
         -Mogłabyś się uspokoić, boli mnie głowa. Nie wyżywaj się też na nim, bo akurat on zachował się serio w porządku, pomógł mi, ale ja głupia wyszłam go szukać. Mogłaś siedzieć na dupie i czekać aż wróci. Wiem, zachowałam się okropnie i przepraszam, więcej się to nie powtórzy. Czuję się okropnie…- Powiedziałam cicho, bo nie miałam siły żeby ruszać ustami, ale musiałam coś się odezwać.
         -Masz szlaban, oby dwoje z resztą macie szlaban! A ponieważ ty już miałeś wcześniej a i tak wyszedłeś, masz podwójny szlaban!- Syknęła. Moja siostra starała się być stanowcza, ale chyba jej to nie wyszło.
         Chris zaczął się śmiać i pogłaskał ją po ramieniu.
         -I co, zabierzecie mi kondomy, czekaj, nie, telefon! Albo zabronicie oglądać telewizje. Daj sobie na wstrzymanie i się ogarnij. Nie jesteśmy już małymi dziećmi na litość boską, nie obraź się, ale nie boję się ani ciebie ani Willa.
         -Mógł byś okazać troszkę szacunku i postarać się chociaż nie dokładać nam problemów.- Warknął Will.
         -Jak macie się zamiar kłócić, to stąd wyjdźcie.- Syknęłam.
Nienawidzę darcia, moja matka przed wypadkiem darła się na okrągło, ale nie na ojca, na mnie. Butelka leżała nie tak, jak ona chciała i było źle. Z resztą z ojcem też się kłócili.
-Ona chyba powinna odpoczywać. Nie wiem w ogóle czemu tutaj siedzę, skoro wy już jesteście. Zwijam się…
-O nie kolego, nigdzie nie idziesz. Będziesz jej tutaj pilnował, bo niektórzy muszą pójść do pracy. Napsuliście nam i tak wystarczająco dużo nerwów, a ponieważ nawet nie ma mowy, żeby któreś z was dotarło dzisiaj do szkoły, siedzisz tutaj z nią.- Syknęła Viviane i wyszła. Will mruknął jakieś „Na razie” i poszedł za nią, a ja zamknęłam oczy i poczułam jak gromadzą mi się pod powiekami łzy.
-Uspokój się, bywało gorzej.- Powiedział obojętnie i odwrócił się w stronę okna, opierając dłonie o parapet. Miał napięte mięśnie. Dopiero teraz mogłam się przyjrzeć jak dobrze jest zbudowany.
-Dzięki i przepraszam…- Mruknęłam pod nosem i szybko odwróciłam głowę. On zaczął się śmiać.
-W sumie to było całkiem interesujące doświadczenie. No wiesz, żadna laska jeszcze nie puściła pawia na mój widok. To ja powinienem cię przeprosić, ale to, że teraz staram się być miły, nie znaczy, że będzie tak przez cały czas. Wyjdziesz ze szpitala i wracamy do starej wersji.
-Udajesz takiego dupka, czy faktycznie nim jesteś?- Syknęłam i uśmiechnęłam się ironicznie. On puścił mi oczko i też się uśmiechnął.
-Zgaduj.-Parsknęłam śmiechem.- O co ci chodzi z tym dotykaniem?
Zesztywniałam, nikt nigdy mnie o to nie pytał, a ja nie mówiłam i chyba nie jestem gotowa na to, żeby cokolwiek powiedzieć.
-Nie chcę o tym gadać, bądź tak miły i wyświadcz mi przysługę. Nie pytaj o to więcej.
         Nikt chyba nie lubi rozmawiać na takie tematy, poza tym chyba tylko tyle mogę zrobić dla matki, żeby jakoś jej zrekompensować to, że zepsułam naszą rodzinę. Miałam nikomu nie mówić i tak będzie. Nigdy ani słowa. Bez względu na to, kto to będzie.
         -Idę do bufetu, chcesz coś?- Pyta. Kręcę przecząco głową a on wychodzi.
         Sądzę, że Chris nie jest takim dupkiem za jakiego uchodzi, albo za jakiego chciałby uchodzić. Po prostu zbudował wokół siebie mur którego nikt do tej pory nie umie zburzyć. Musi to mieć związek z jego przeszłością, ale wiem, że nie mówi się o tym łatwo. Will w sumie też nigdy nie mówił nic o tym co wydarzyło się dawno temu. Podejrzewam, że wie jedynie Viviane. Chris  jest w porządku, kiedy chce oczywiście. Przede wszystkim nie jest wcale taki głupi, na jakiego się kreuje. Jest inteligentny. Nawet bardzo. O dziwo, ale odrabia zadania domowe w szkolnej bibliotece a w domu uczy się do testów. To dziwne, ale prawdziwe. On po prostu jest pełen skrajności, a nikt sam z siebie takim się nie staje. Nasz charakter i sposób bycia buduje się przez to, co przeżyliśmy. Każde nasze wspomnienie ma wpływ na naszą przyszłość, moje mają prostu odzew, boje się panicznie dotyku, a on nie pokazuje prawdziwego siebie do nikogo. Chyba, że jest to Jeremy. On wie więcej, ale jestem pewna, że i tak nikomu nie powie, to w końcu przyjaciel.
         Wezwałam wilka z lasu, bo Jeremy wkroczył właśnie z uśmiechem na ustach do sali, trzymając w rękach wielką czekoladę.
         -Coś na poprawę nastroju, ale chyba jedyne co możesz spożywać, to dożylna kroplówka, co nie?- Żartuje.- Gdzie Chris?
         -Poszedł do bufetu, ale mam to w dupie. Niech robi co chce. Fajnie, że przyszedłeś.- Posyłam mu uśmiech.
         -Zmartwiłaś nas wszystkich, jak mógłbym nie przyjść? Ale powiem ci, że nieźle. Zatrucie alkoholowe, bo pierwszej imprezie. Szacunek. Każdy w szkole o tym trąbi. A co do tych padalców, nie martw się już nimi. Sprawa załatwiona.
         -Czekaj… Cała szkoła mówi o moim zatruciu alkoholowym?!
         Świetnie, jedyne czego mi trzeba, to ciekawscy uczniowie mówiący o tym, jak nawaliłam się na imprezie u Lizzy.
         -No może nie cała, ale nie przejmuj się, przejdzie im szybciej niż ci się wydaje. Za tydzień będzie nowsza sensacja.
         -Kiepskie pocieszenie.
         -Co ty tutaj robisz?
         Głos należy do Chrisa, jest rozzłoszczony, co jest dziwne, jest też w ciężkim szoku i na jego twarzy maluje się ciekawość.
         -Przyszedłem odwiedzić naszą stokrotkę. W końcu wszyscy się martwimy.- Powiedział wesoło. Rany, czy uśmiech schodzi z twarzy tego kolesia?
         -To fajnie…- Mruczy Chris.- Chodź, odprowadzę cię do drzwi.
         Że co proszę?! Mam ochotę zacząć wrzeszczeć, nie rozumiem o co mu chodzi! Jeremy przyszedł mnie tylko odwiedzić, a on zachowuje się jakby popełnił jakąś zbrodnie. Przecież to nic złego.
         -Na razie Esme.- Mówi wesoło i wychodzi za Chrisem.
         Zmieniam zdanie, Chris to dupek…

 

***

         W szkole faktycznie wszyscy gadali o mojej wpadce za imprezie. Jak się okazało, tydzień wcale nie pomógł by wszystko ucichło, chodziło też wiele innych historii na ten temat, ale chyba nic na to nie poradzę. W Malibu też takie historie chodziły po szkole tygodniami. Tylko, że tam, nauczyciele nie zwracali na to, aż takiej uwagi. Tutaj patrzyli się na ciebie jak na jakiegoś padalca. Jak w ogóle mogłeś uchlać się na imprezie po jakiś dwóch tygodniach pobytu w mieście?! Jak widać można. Jestem na to żywym przykładem.
         -No nieźle, narzygałaś spodnie największego przystojniaka w tej szkole. Mocne.- Śmieje się Alec.- Uwierz mi, gdyby nagle zmienił orientacje, rwałbym go, jak Reksio szynkę. No wiesz, Reksio, to taki pies z polskiej kreskówki dla dzieci.
         -Wiem kim był Reksio, ale też nie rozumiem co wy wszyscy widzicie w Chrisie? Poza tym, nie wiem, czy twój partner chciałby się dowiedzieć o tym co powiedziałeś. Zastanów się Alec.
         -Och, on ma takie samo zdanie. Uwierz mi skarbie, homoseksualiści są bardziej otwarci i mniej zazdrośni w związkach niż wy. Tym bardziej, że każdy wie o tym, iż twój współlokator jest w stu procentach hetero. No wiesz, przeleciał prawie wszystkie laski z trzecich i czwartych klas. Drugich i pierwszych już  nie zdążył, bo sama rozumiesz, Aileen wydaje się być bezpieczniejsza. Nikt nie chce złapać wenery, chociaż dzisiaj każdy ma wenerę! On co prawda, żadnej nie złapał ale…-      Przerywam mu.

         -Nie obraź się Alec, wiem, że Chris jest świetnym tematem do rozmów w tej szkole, ba, w tym mieście, ale nie chce słuchać o jego życiu erotycznym.
         -Och, daj spokój stokrotko. Sądziłem, że dziewice lubią słuchać na takie tematy. No wiesz, ta ciekawość i w ogóle.
         -Ja nie lubię, to nie mój interes kto z kim sypia.- Warknęłam. Gdyby wiedział, dlaczego nie chce rozmawiać na takie tematy…- Poza tym, o co wam biega z tą stokrotką?!
         -No wiesz, jesteś jedyną drugoklasistką w paczce czwartoklasistów. Stokrotki są maleńkie, więc wszyscy uznali, że stokrotka to dobra ksywka.
         -A ty i twoi znajomi? Też należycie do paczki!- Burzę się, ale Alec się krzywi.
         -Och mała, kogo ty starasz się oszukać? My jesteśmy tam tylko dlatego, że kumplujemy się z tobą, oni nie trzymają się z takimi jak my.
         Nic już nie powiedziałam. Zrobiło mi się głupio. To nie powinno tak wyglądać, bo jestem pewna, że Alec nie miał na myśli różnicy wiekowej. On wyraźnie miał na myśli ich odmienność. Nie rozumiem jak ktoś może uważać się za kogoś lepszego, nienawidzę czegoś takiego. Każdy jest wyjątkowy, co czyni nas wszystkich takimi samymi. Kto by chciał zwracać uwagę na odmienność seksualną albo na subkulturę którą się reprezentuje? No dobra, ludzie zwracają na to uwagę, wiem, bo w Malibu nie należałam do lubianych. Tutaj należę tylko ze względu na Chrisa. Ciekawe, czy gdyby nie on, Ana też odezwałaby się, że wstyd zapraszać mnie na imprezy. Może Lizzy i Georgie faktycznie nie mają z tym problemu, ale na przykład ten buc Brett. On ma się na kogoś nie wiadomo lepszego. Nie rozumiem co on ma do nas wszystkich, bo szczerze mówiąc, na każdego patrzy z góry. Nawet na Lizzy, a przecież są razem. Czasem mnie to dziwi, dlaczego w ogóle są razem, ale wolę się w to nie wtrącać, to nie moja sprawa. W końcu ja na miejscu Aileen też nie byłabym z Chrisem, gdyby on mnie tak traktował, jak traktuje ją. No bez przesady, on ją totalnie olewa, prawie jak ja teraz olewam gościa od matmy. Powinnam robić notatki ale wiem, że i tak skądś je skombinuje. Przykro mi i mam wyrzuty sumienia, za to jak traktują moich znajomych, a przecież nie powinnam, bo wiem, że na to nie da się nic poradzić. Tak było, jest i będzie wszędzie.

 

*** 

         Po powrocie do domy standardowo wszyscy zasiedliśmy do wspólnego obiadu. Chris miał ten sam wyraz twarzy, obojętność zmieszana z wyższością, jednak to nie taka wyższość jak u Bretta, bo ta u Chrisa jest udawana. Brett po prostu serio uważa się za pana wszechświata, a jest co najmniej panem swojego kibla, bo pewnie w jego pokoju też rządzi ktoś inny. Z resztą, on nadaje się do dyrygowania spłuczką od klozetu. Chyba tylko to potrafi.

         -Jak było w szkole?- Pyta Viviane, chociaż wiem, że wciąż ma na nas nerwy.
         -W porządku. Jakoś zleciało.
         -A u ciebie Chris?- Pyta Will.
         -Jak zawsze…- Mruczy. On nigdy nie mówi o szkole, jakby wstydził się swoich osiągnięć. A wiem, że takowe posiada.
         -Smaczny obiad Viviane.- Mówię i uśmiecham się do niej.
         -Nawet nie próbuj się podlizywać…- Mówi, a na jej twarzy maluje się poirytowanie.
         -Nie wiesz ile razy tego próbowałem, na nią to nie działa.- Mówi Chris i czuje, że delikatnie szturcha stopą moją nogę. Przechodzi mnie dreszcz, który on dostrzega, robi ponownie to samo.
         -Możesz przestać?- Syczę.
         Wszyscy patrzą na mnie, Will i Viviane nie rozumieją co mam na myśli. Will patrzy wkurzony na brata.
         -Tylko ją szturchnąłem, bez przesady!
         -Nie lubię jak…- Nie jest dane mi dokończyć.
         -Nie obraź się siostrzyczko, ale to trochę dziwne, boisz się zwykłego dźgnięcia palcem, o co ci do cholery chodzi? Coś się stało w Malibu? Powiedz mi, mama mówiła, że…- Nie dała jej dokończyć. Wiedziałam co chce powiedzieć. Mama powiedziała, że… że co?! Że jestem wariatką?
         Zrywam się od stołu i ignoruje wołanie. Zamykam się na klucz w mojej łazience i zaczynam płakać. Nie rozumieją i chyba nigdy nie zrozumieją o co chodzi. Co da im to, że powiem? Przecież ich reakcja będzie taka sama jak matki. Rozbiłam rodzinę, to moja wina, to przeze mnie umarli, bo przeze mnie wyjechaliśmy z miasta. To wszystko moja wina. Pamiętam te słowa, kiedy się rozbiliśmy. Ojciec już nie żył, a ostatnie słowa mojej matki brzmiały „To twoja wina”, a ja chciała powiedzieć, że ją kocham… Nie oszukujmy się, byłam zwyczajnie jedną wielką pomyłką.

 

 

Hej!

Rozdział  w końcu jest, mam nadzieje, że się wam podoba ;) Tym razem trochę inny. W weekend nie wiem czy coś się pojawi, bo randkuje z angielskim, ale postaram się coś sklecić ;) Jeśli macie jakieś sugestie to śmiało piszcie w komentarzach. Do napisania J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz