Obudziłam się w jakimś
białym pomieszczeniu, na pewno nie był to mój pokój. W oddali słychać krzyki
Willa i Viviane. Zaczynam łapać ostrość obrazu i zdaje sobie sprawę, że jestem
w szpitalu. Najpierw oczywiście wpadam w panikę bo nie wiem dlaczego tutaj
trafiłam, ale powoli zaczynam odtwarzać zdarzenia z poprzedniego wieczoru i… O
mój Boże, narzygałam Chrisowi na spodnie, po tym, jak nastałam go na uprawianiu
dzikiego seksu z Aileen.
-Jak mogliście w ogóle nas tak perfidnie okłamać?! Mogli nam
zabrać opiekę nad wami. Co ci strzeliło do tego głupiego łba, żeby zabrać ją na
imprezę?!- Krzyk mojej siostry unosi się w pomieszczeniu. Udaję, że dalej śpię,
bo nie chcę żeby i mi się oberwało.
-Po pierwsze to nie głupiego łba, ale pięknego jak cholera,
a po drugie, ona ma swój rozum! Nie mogłem jej pilnować jak niemowlaka, chciała
pić to piła, nawet o tym nie wiedziałem, ale pozwoliłem sobie zarzygać spodnie,
więc należy mi się jakieś podziękowanie.- Mówi totalnie nie przejęty tą
sytuacją.
-Uspokójcie się oboje.- Warczy Will.- Jak to się stało, że
ona zemdlała?
-Nie wiem, wyszedłem dosłownie na moment z pokoju, kiedy
wróciłem to spała, siedziałem przy niej chwilę, ale musiałem pójść się odlać,
nie było mnie może dwie minuty, nie wiem, może nawet krócej. Jak wróciłem, Esme
nie było, zaraz później zawołała mnie Georgie, żeby powiedzieć, że Esme
zemdlała w ogrodzie, gdzie jakieś kutasy próbowały się do niej dobierać.
Zabraliśmy ją do salonu i zadzwoniliśmy po pogotowie, no i w tedy lekarze
powiedzieli, że prawdopodobnie to zatrucie alkoholowe.
No tak, pamiętam. Wyszłam do ogrodu, żeby znaleźć Chrisa, a
potem pamiętam już tylko dotyk tych obleśnych łap na moim ciele. Strach tak
mnie sparaliżował, że nie miałam na nic siły. Do tego nabawiłam się zatrucia
alkoholowego.
-Tak właściwie, to czemu ona tak panicznie boi się dotyku?-
Pyta Chris. Sztywnieje. Wiem, że Viv mu nie powie, bo sama nie wie, ale kiedyś
i tak się dowiedzą…
-Sama nie wiem, nawet nie wiedziałam, że się boi dotyku.
Skąd ty to wiesz?- Pyta wyraźnie zmartwiona.
-Zauważyłem to parę razy w tym tygodniu. Każde przypadkowe
muśnięcie jej skóry kończyło się paraliżem. Mówię ci.- Mówi dosadnie.
Otwieram oczy i spoglądam na nich.
-To się doigrałaś młoda…- Syczy Viviane kiedy zdaje sobie
sprawę, że nie śpię.- Czy ty wiesz, ile sprawiłaś nam kłopotów?! Odchodziliśmy
od zmysłów jak zadzwonili ze szpitala! Wiesz, że przez operacje po wypadku
musisz uważać z używkami! Cholera, jesteś głupsza niż myślałam, co ci w ogóle
strzeliło do głowy?!
-Mogłabyś się uspokoić, boli mnie głowa. Nie wyżywaj się też
na nim, bo akurat on zachował się serio w porządku, pomógł mi, ale ja głupia wyszłam
go szukać. Mogłaś siedzieć na dupie i czekać aż wróci. Wiem, zachowałam się
okropnie i przepraszam, więcej się to nie powtórzy. Czuję się okropnie…-
Powiedziałam cicho, bo nie miałam siły żeby ruszać ustami, ale musiałam coś się
odezwać.
-Masz szlaban, oby dwoje z resztą macie szlaban! A ponieważ
ty już miałeś wcześniej a i tak wyszedłeś, masz podwójny szlaban!- Syknęła.
Moja siostra starała się być stanowcza, ale chyba jej to nie wyszło.
Chris zaczął się śmiać i pogłaskał ją po ramieniu.
-I co, zabierzecie mi kondomy, czekaj, nie, telefon! Albo
zabronicie oglądać telewizje. Daj sobie na wstrzymanie i się ogarnij. Nie
jesteśmy już małymi dziećmi na litość boską, nie obraź się, ale nie boję się
ani ciebie ani Willa.
-Mógł byś okazać troszkę szacunku i postarać się chociaż nie
dokładać nam problemów.- Warknął Will.
-Jak macie się zamiar kłócić, to stąd wyjdźcie.- Syknęłam.
Nienawidzę
darcia, moja matka przed wypadkiem darła się na okrągło, ale nie na ojca, na
mnie. Butelka leżała nie tak, jak ona chciała i było źle. Z resztą z ojcem też
się kłócili.
-Ona
chyba powinna odpoczywać. Nie wiem w ogóle czemu tutaj siedzę, skoro wy już
jesteście. Zwijam się…
-O
nie kolego, nigdzie nie idziesz. Będziesz jej tutaj pilnował, bo niektórzy
muszą pójść do pracy. Napsuliście nam i tak wystarczająco dużo nerwów, a
ponieważ nawet nie ma mowy, żeby któreś z was dotarło dzisiaj do szkoły,
siedzisz tutaj z nią.- Syknęła Viviane i wyszła. Will mruknął jakieś „Na razie”
i poszedł za nią, a ja zamknęłam oczy i poczułam jak gromadzą mi się pod
powiekami łzy.
-Uspokój
się, bywało gorzej.- Powiedział obojętnie i odwrócił się w stronę okna,
opierając dłonie o parapet. Miał napięte mięśnie. Dopiero teraz mogłam się
przyjrzeć jak dobrze jest zbudowany.
-Dzięki
i przepraszam…- Mruknęłam pod nosem i szybko odwróciłam głowę. On zaczął się
śmiać.
-W
sumie to było całkiem interesujące doświadczenie. No wiesz, żadna laska jeszcze
nie puściła pawia na mój widok. To ja powinienem cię przeprosić, ale to, że
teraz staram się być miły, nie znaczy, że będzie tak przez cały czas. Wyjdziesz
ze szpitala i wracamy do starej wersji.
-Udajesz
takiego dupka, czy faktycznie nim jesteś?- Syknęłam i uśmiechnęłam się
ironicznie. On puścił mi oczko i też się uśmiechnął.
-Zgaduj.-Parsknęłam
śmiechem.- O co ci chodzi z tym dotykaniem?
Zesztywniałam,
nikt nigdy mnie o to nie pytał, a ja nie mówiłam i chyba nie jestem gotowa na
to, żeby cokolwiek powiedzieć.
-Nie
chcę o tym gadać, bądź tak miły i wyświadcz mi przysługę. Nie pytaj o to
więcej.
Nikt chyba nie lubi rozmawiać na takie tematy, poza tym
chyba tylko tyle mogę zrobić dla matki, żeby jakoś jej zrekompensować to, że
zepsułam naszą rodzinę. Miałam nikomu nie mówić i tak będzie. Nigdy ani słowa.
Bez względu na to, kto to będzie.
-Idę do bufetu, chcesz coś?- Pyta. Kręcę przecząco głową a
on wychodzi.
Sądzę, że Chris nie jest takim dupkiem za jakiego uchodzi,
albo za jakiego chciałby uchodzić. Po prostu zbudował wokół siebie mur którego
nikt do tej pory nie umie zburzyć. Musi to mieć związek z jego przeszłością,
ale wiem, że nie mówi się o tym łatwo. Will w sumie też nigdy nie mówił nic o
tym co wydarzyło się dawno temu. Podejrzewam, że wie jedynie Viviane.
Chris jest w porządku, kiedy chce
oczywiście. Przede wszystkim nie jest wcale taki głupi, na jakiego się kreuje.
Jest inteligentny. Nawet bardzo. O dziwo, ale odrabia zadania domowe w szkolnej
bibliotece a w domu uczy się do testów. To dziwne, ale prawdziwe. On po prostu
jest pełen skrajności, a nikt sam z siebie takim się nie staje. Nasz charakter
i sposób bycia buduje się przez to, co przeżyliśmy. Każde nasze wspomnienie ma
wpływ na naszą przyszłość, moje mają prostu odzew, boje się panicznie dotyku, a
on nie pokazuje prawdziwego siebie do nikogo. Chyba, że jest to Jeremy. On wie
więcej, ale jestem pewna, że i tak nikomu nie powie, to w końcu przyjaciel.
Wezwałam wilka z lasu, bo Jeremy wkroczył właśnie z
uśmiechem na ustach do sali, trzymając w rękach wielką czekoladę.
-Coś na poprawę nastroju, ale chyba jedyne co możesz
spożywać, to dożylna kroplówka, co nie?- Żartuje.- Gdzie Chris?
-Poszedł do bufetu, ale mam to w dupie. Niech robi co chce.
Fajnie, że przyszedłeś.- Posyłam mu uśmiech.
-Zmartwiłaś nas wszystkich, jak mógłbym nie przyjść? Ale
powiem ci, że nieźle. Zatrucie alkoholowe, bo pierwszej imprezie. Szacunek.
Każdy w szkole o tym trąbi. A co do tych padalców, nie martw się już nimi.
Sprawa załatwiona.
-Czekaj… Cała szkoła mówi o moim zatruciu alkoholowym?!
Świetnie, jedyne czego mi trzeba, to ciekawscy uczniowie
mówiący o tym, jak nawaliłam się na imprezie u Lizzy.
-No może nie cała, ale nie przejmuj się, przejdzie im
szybciej niż ci się wydaje. Za tydzień będzie nowsza sensacja.
-Kiepskie pocieszenie.
-Co ty tutaj robisz?
Głos należy do Chrisa, jest rozzłoszczony, co jest dziwne,
jest też w ciężkim szoku i na jego twarzy maluje się ciekawość.
-Przyszedłem odwiedzić naszą stokrotkę. W końcu wszyscy się
martwimy.- Powiedział wesoło. Rany, czy uśmiech schodzi z twarzy tego kolesia?
-To fajnie…- Mruczy Chris.- Chodź, odprowadzę cię do drzwi.
Że co proszę?! Mam ochotę zacząć wrzeszczeć, nie rozumiem o
co mu chodzi! Jeremy przyszedł mnie tylko odwiedzić, a on zachowuje się jakby
popełnił jakąś zbrodnie. Przecież to nic złego.
-Na razie Esme.- Mówi wesoło i wychodzi za Chrisem.
Zmieniam zdanie, Chris to dupek…
***
W szkole faktycznie wszyscy gadali o mojej wpadce za
imprezie. Jak się okazało, tydzień wcale nie pomógł by wszystko ucichło,
chodziło też wiele innych historii na ten temat, ale chyba nic na to nie
poradzę. W Malibu też takie historie chodziły po szkole tygodniami. Tylko, że
tam, nauczyciele nie zwracali na to, aż takiej uwagi. Tutaj patrzyli się na
ciebie jak na jakiegoś padalca. Jak w ogóle mogłeś uchlać się na imprezie po
jakiś dwóch tygodniach pobytu w mieście?! Jak widać można. Jestem na to żywym
przykładem.
-No nieźle, narzygałaś spodnie największego przystojniaka w
tej szkole. Mocne.- Śmieje się Alec.- Uwierz mi, gdyby nagle zmienił
orientacje, rwałbym go, jak Reksio szynkę. No wiesz, Reksio, to taki pies z
polskiej kreskówki dla dzieci.
-Wiem kim był Reksio, ale też nie rozumiem co wy wszyscy
widzicie w Chrisie? Poza tym, nie wiem, czy twój partner chciałby się
dowiedzieć o tym co powiedziałeś. Zastanów się Alec.
-Och, on ma takie samo zdanie. Uwierz mi skarbie,
homoseksualiści są bardziej otwarci i mniej zazdrośni w związkach niż wy. Tym
bardziej, że każdy wie o tym, iż twój współlokator jest w stu procentach
hetero. No wiesz, przeleciał prawie wszystkie laski z trzecich i czwartych
klas. Drugich i pierwszych już nie
zdążył, bo sama rozumiesz, Aileen wydaje się być bezpieczniejsza. Nikt nie chce
złapać wenery, chociaż dzisiaj każdy ma wenerę! On co prawda, żadnej nie złapał
ale…- Przerywam mu.
-Nie obraź się Alec, wiem, że Chris jest świetnym tematem do
rozmów w tej szkole, ba, w tym mieście, ale nie chce słuchać o jego życiu
erotycznym.
-Och, daj spokój stokrotko. Sądziłem, że dziewice lubią
słuchać na takie tematy. No wiesz, ta ciekawość i w ogóle.
-Ja nie lubię, to nie mój interes kto z kim sypia.-
Warknęłam. Gdyby wiedział, dlaczego nie chce rozmawiać na takie tematy…- Poza
tym, o co wam biega z tą stokrotką?!
-No wiesz, jesteś jedyną drugoklasistką w paczce
czwartoklasistów. Stokrotki są maleńkie, więc wszyscy uznali, że stokrotka to
dobra ksywka.
-A ty i twoi znajomi? Też należycie do paczki!- Burzę się,
ale Alec się krzywi.
-Och mała, kogo ty starasz się oszukać? My jesteśmy tam
tylko dlatego, że kumplujemy się z tobą, oni nie trzymają się z takimi jak my.
Nic już nie powiedziałam. Zrobiło mi się głupio. To nie
powinno tak wyglądać, bo jestem pewna, że Alec nie miał na myśli różnicy
wiekowej. On wyraźnie miał na myśli ich odmienność. Nie rozumiem jak ktoś może
uważać się za kogoś lepszego, nienawidzę czegoś takiego. Każdy jest wyjątkowy,
co czyni nas wszystkich takimi samymi. Kto by chciał zwracać uwagę na
odmienność seksualną albo na subkulturę którą się reprezentuje? No dobra,
ludzie zwracają na to uwagę, wiem, bo w Malibu nie należałam do lubianych.
Tutaj należę tylko ze względu na Chrisa. Ciekawe, czy gdyby nie on, Ana też
odezwałaby się, że wstyd zapraszać mnie na imprezy. Może Lizzy i Georgie faktycznie
nie mają z tym problemu, ale na przykład ten buc Brett. On ma się na kogoś nie
wiadomo lepszego. Nie rozumiem co on ma do nas wszystkich, bo szczerze mówiąc,
na każdego patrzy z góry. Nawet na Lizzy, a przecież są razem. Czasem mnie to
dziwi, dlaczego w ogóle są razem, ale wolę się w to nie wtrącać, to nie moja
sprawa. W końcu ja na miejscu Aileen też nie byłabym z Chrisem, gdyby on mnie
tak traktował, jak traktuje ją. No bez przesady, on ją totalnie olewa, prawie
jak ja teraz olewam gościa od matmy. Powinnam robić notatki ale wiem, że i tak
skądś je skombinuje. Przykro mi i mam wyrzuty sumienia, za to jak traktują
moich znajomych, a przecież nie powinnam, bo wiem, że na to nie da się nic
poradzić. Tak było, jest i będzie wszędzie.
***
Po powrocie do domy standardowo wszyscy zasiedliśmy do
wspólnego obiadu. Chris miał ten sam wyraz twarzy, obojętność zmieszana z
wyższością, jednak to nie taka wyższość jak u Bretta, bo ta u Chrisa jest
udawana. Brett po prostu serio uważa się za pana wszechświata, a jest co
najmniej panem swojego kibla, bo pewnie w jego pokoju też rządzi ktoś inny. Z
resztą, on nadaje się do dyrygowania spłuczką od klozetu. Chyba tylko to
potrafi.
-Jak było w szkole?- Pyta Viviane, chociaż wiem, że wciąż ma
na nas nerwy.
-W porządku. Jakoś zleciało.
-A u ciebie Chris?- Pyta Will.
-Jak zawsze…- Mruczy. On nigdy nie mówi o szkole, jakby
wstydził się swoich osiągnięć. A wiem, że takowe posiada.
-Smaczny obiad Viviane.- Mówię i uśmiecham się do niej.
-Nawet nie próbuj się podlizywać…- Mówi, a na jej twarzy
maluje się poirytowanie.
-Nie wiesz ile razy tego próbowałem, na nią to nie działa.-
Mówi Chris i czuje, że delikatnie szturcha stopą moją nogę. Przechodzi mnie
dreszcz, który on dostrzega, robi ponownie to samo.
-Możesz przestać?- Syczę.
Wszyscy patrzą na mnie, Will i Viviane nie rozumieją co mam
na myśli. Will patrzy wkurzony na brata.
-Tylko ją szturchnąłem, bez przesady!
-Nie lubię jak…- Nie jest dane mi dokończyć.
-Nie obraź się siostrzyczko, ale to trochę dziwne, boisz się
zwykłego dźgnięcia palcem, o co ci do cholery chodzi? Coś się stało w Malibu?
Powiedz mi, mama mówiła, że…- Nie dała jej dokończyć. Wiedziałam co chce
powiedzieć. Mama powiedziała, że… że co?! Że jestem wariatką?
Zrywam się od stołu i ignoruje wołanie. Zamykam się na klucz
w mojej łazience i zaczynam płakać. Nie rozumieją i chyba nigdy nie zrozumieją
o co chodzi. Co da im to, że powiem? Przecież ich reakcja będzie taka sama jak
matki. Rozbiłam rodzinę, to moja wina, to przeze mnie umarli, bo przeze mnie
wyjechaliśmy z miasta. To wszystko moja wina. Pamiętam te słowa, kiedy się
rozbiliśmy. Ojciec już nie żył, a ostatnie słowa mojej matki brzmiały „To twoja
wina”, a ja chciała powiedzieć, że ją kocham… Nie oszukujmy się, byłam
zwyczajnie jedną wielką pomyłką.
Hej!
Rozdział w końcu jest, mam nadzieje, że się wam podoba
;) Tym razem trochę inny. W weekend nie wiem czy coś się pojawi, bo randkuje z
angielskim, ale postaram się coś sklecić ;) Jeśli macie jakieś sugestie to
śmiało piszcie w komentarzach. Do napisania J
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz