Reszta tygodnia zleciała w
prawdzie całkiem szybko. Przez resztę dni poznawałam nauczycieli. Wiem, że
babka od geografii jest tak śnięta i zamknięta we własnym świecie, że na lekcji
prawie nic nie robimy, babka od angielskiego to siekiera która całe lekcje w
drugich i w pierwszych klasach poświęca na rzecz seniorów. Koleś od matmy jest
całkiem w porządku i nawet dobrze tłumaczy, nauczycielka od chemii uważa, że
jej przedmiot jest najważniejszy a babka od historii potrafi nieźle nudzić na
lekcji. Kiedy zatnie się na jednym temacie i w kółko powtarza jedno i to samo
ja i Alec łapiemy sytuacje i wychodzimy wcześniej z lekcji tylnimi drzwiami.
Tak się akurat składa, że mamy dni, gdzie historia jest zaraz przed przerwą na
lunch, no działa dobrze, bo możemy zająć miejsca w stołówce i szybciej kupić
ulubione jedzenie, które najszybciej zazwyczaj się kończy. Mam taki układ, że w
poniedziałki i czwartki siadam z paczką Aleca, czyli jego partnerem oraz parą
heteroseksualistów, Maxem i Justine. To dosyć dziwna para. Max jest Emo a
Justine hipiską. Czasem ciężko z nimi wytrzymać ale ich lubię. Z Justine chodzę
nawet na kilka zajęć. We wtorki i piątki siedzę z paczką Chrisa. W środy
siadamy wszyscy razem. Georgie i Lizzy podchodzą do tego na luzie, Ana wydaje
się być obojętna, chociaż często szepcze o czymś do Aileen a potem obie się
śmieją, mało w tedy gadają. Brett i Chris są zniesmaczeni towarzystwem moich
znajomych, Cam w sumie jak zwykle rzuca swoimi żarcikami i nie jestem pewna,
czy wie o tym, że Alec to gej. Jeremy w sumie jest najnormalniejszy jeśli
chodzi o chłopaków, najbardziej ułożony. Lubię go, fajnie się z nim gada.
Czasem on i Chris siedzą u nas na angielskim i rozwiązują teksty z
nauczycielką. Chris zazwyczaj stara się nie łapać ze mną kontaktu wzrokowego, Jeremy
za to w wolnych chwilach ze mną
rozmawia.
Dzisiaj dzień imprezy i wiem, że są osoby którym nie leży
to, że idę. Na przykład jest to Brett. Nie wiem o co mu chodzi, ale coś do mnie
ma. Chris często z nim o czymś gada, ale z tego co zdążyłam się dowiedzieć,
Brett jest fałszywy, a w paczce znalazł się dzięki temu, że związał się z
Lizzy. Mimo to, jakoś wszyscy go lubią. Dziewczyny należą do drużyny
Cheerleederek a chłopaki grają w drużynie baseballa. Znaczy, nie licząc Chrisa.
On jest w jakiejś szkolnej kapeli i gra na gitarze. Podobno nie chciał w niej
być, ale go wkręcili.
Stoję przed szafą i zastanawiam się, w co wypadało by się
ubrać na taką imprezę. W Malibu chadzałam na imprezy, ale to były zupełnie inne
imprezy. Domyślam się, że grzeczniejsze niż tutaj. Zerkam na wieszaki i zdaję
sobie sprawę, że moje ciuchy zupełnie nie pasują do tutejszej pogody. Same
letnie i zwiewne sukienki. Zamykam wiszącą szafę i otwieram tą gdzie mam półki.
Wyjmuję z niej parę czarnych rurek, które wyszczuplą odrobinkę moje nogi,
czerwoną bluzkę z rękawem trzy czwarte która podkreśla moje piersi i czarną
skórzaną kurteczkę. Robię sobie dosyć ciemny makijaż oczu, składający się z
ciemnych cieni i czarnej idealnej kreski. Uczyłam się jej przed równy rok w
pierwszej klasie i w końcu umiem zrobić śliczną jaskółkę! Włosy rozpuszczam.
Mam dziwny kolor włosów. Nigdy ich nie farbowałam. Nie wiem czy to jasny brąz
czy to ciemny blond. Nie mam pojęcia. Moja mama była Argentynką, ale w
Argentyna to nie Meksyk czy Brazylia, w sumie Argentyńczycy nie mają aż takiej
ciemnej karnacji i nie wszyscy mają ciemne włosy czy oczy.
Patrzę w lustro i zabieram z komody telefon, który wpycham
do kieszeni spodni. Schodzę powoli na dół. Na przedpokoju zakładam na nogi
czarne trampki i uważam, że wyglądam nieźle. Wchodzę do salonu gdzie w mocnych
objęciach Will i Viviane oglądają jakiś film.
-Wyglądasz cudownie Esme, ale dziwi mnie to, że odwaliłaś
się tak na zwykłe nocowanie u koleżanki. Powiedz prawdę.
Zaczynają pocić mi się ręce. Kurde… Jak powiem, że idę na
imprezę to wrobię Chrisa, bo on ma zakaz wychodzenia na imprezy, ale w sumie on
chyba i tak by się tym nie przejął.
Patrzę na siostrę i zastanawiam się co mogłabym tak właściwie jej powiedzieć.
Patrzę na siostrę i zastanawiam się co mogłabym tak właściwie jej powiedzieć.
-Och no wiesz, pewnie pójdziemy do kina, albo na pizze.
Nigdy nie wiadomo kogo tam będzie można spotkać.
-No dobra, niech ci będzie. Chris!- Krzyczy Viviane. Zjawia
się dosyć szybko na dole i stoi oparty o futrynę w drzwiach.
-Jak odstawisz Esme do dziewczyn, masz nigdzie się nie
plątać.- Mówi Will.
-Mówiłem ci, że idę do Cama. Będziemy oglądać mecz. Daj
spokój Will, jedno piwo to nie grzech.- Jest wyluzowany i chyba nie przejmuje
się tym, że oni coś podejrzewają.
-Masz kare! Człowieku ogarnij się, jestem twoim prawnym
opiekunem od tylu lat, że powinieneś się przyzwyczaić do tego, że cię pouczam!
Od kiedy stałeś się taki, co cię tak zmieniło?- Pyta Will.
Jest
wyraźnie zdesperowany i ma chyba dosyć. Wychowywanie nastolatka w wieku
dwudziestu siedmiu lat, to nic prostego, zwłaszcza, że jeszcze nie dawno było
się nastolatkiem. Pamiętam jak mama pouczała Viviane, że ma poważnie się
zastanowić, czy jest gotowa na coś takiego.
-Wychodzimy.-
Warczy Chris i wychodzi z pokoju, tak szybko, że ledwo go doganiam. Wsiadam na
miejsce pasażera i patrzę na niego,
-Wyluzuj.- Mówię do niego.- Oni chcą dla ciebie dobrze. Mi
też nie jest łatwo.
-Jakoś nie wyglądasz na rozpaczającą po śmierci rodziców.-
Mówi kpiącym tonem i parska śmiechem.
-Wal się Christopher.- Warczę i odwracam się do okna. On nic
nie wie… I nigdy się nie dowie.
-Nie zrozumiesz pewnych rzeczy więc nie wściubiaj nosa w nie
swoje sprawy! Miałaś zawsze idealne życie i masz je przez cały czas, więc nie
sądzę, żebyś wiedziała o co mi chodzi.
-Nic o mnie nie wiesz, więc pozwól, że sama ocenie czy miałam
idealne życie czy nie.- Syczę w jego kierunku. Czuję łzy pod powiekami. Staram
się nie rozpłakać. Od kilku lat robiłam to co nos. Dziwne, bo po śmierci
rodziców przestałam to robić.
-Ej…- Mówi cicho. Odwracam się w jego stronę. Dostrzegam na
jego twarzy, coś, co pierwszy raz widzę u niego. Wstyd? Żal? Nie wiem.- Uważaj
na tej imprezie. Będzie tam dużo ludzi którzy są różni.
Nie odpowiadam, resztę drogi spędzamy w ciszy i jedziemy
prosto do domu Lizzy. Kiedy parkujemy na podjeździe, wychodzę tak szybko z
auta, że nawet nie wiem jakim cudem stoję już w salonie Lizzy.
-Alec będzie?- Pytam się. Dziewczyny patrzą po sobie dziwnym
wzrokiem. Tak jakby to co powiedziałam było zakazane.
-Po co nam ta grupa luzerów?- Pyta Ana.- Nie obraź się
kochana, ale zadajemy się z nimi tylko dlatego, że ty nas o to poprosiłaś. To
nie nasza liga.
-Dokładnie. Nikt z tych osób które tutaj będą, nie czuli by
się dobrze w towarzystwie tych dziwadeł.- Przytakuje Aileen, a następnie
odciąga Ane gdzieś na bok. Patrzę na Georgie, która zdaje się być zakłopotana
całą sytuacją.
-Muszę się napić!- Krzyczy.- Chodź, pokażę ci, gdzie można
się wziąć alkohol. A i polecam ci nie wchodzić do pokoju naprzeciwko kuchni,
tam spotykają się ćpuny, więc możesz naćpać się od samych oparów. Serio.- Mówi
wesoło i prowadzi mnie do pomieszczenia jadalnego gdzie stoi barek zastawiony
dużą ilością alkoholi wszelakiego rodzaju.
-Tutaj masz Tequile, drinki stoją tam, piwo powinno być na
stole.- Pokazuje po kolei.- Ja stawiam dzisiaj na tequile, ale jeśli wolisz
drinka to proszę. Tylko uważaj, nie wiadomo kiedy można się nieźle nimi
załatwić.- Śmieje się i sięga po kilka shotów tequili. Ja biorę jakiegoś
drinka, który wygląda jak koktajl waniliowy.- Doby wybór!
Próbuje napoju i stwierdzam, że nie czuć w nim w ogóle
alkoholu. To oznaka, że jest delikatny. Nie chce się nawalić na pierwszej
imprezie, na której będę piła więcej nić kieliszek wina czy jedno piwo.
Wychodzimy z jadalni. W salonie znajduje się już coraz
więcej ludzi. Niektórych kojarzę mniej więcej z twarzy, wiem, że większość to
seniorzy albo trzecioklasiści. W zasadzie, jestem jedyną drugoklasistką w tym
towarzystwie i czuję się co najmniej dziwnie.
-Kto wpuścił tutaj to dziecko?- Krzyczy jakiś koleś. Patrzę
w kierunku, z którego dobiegł mnie krzyk i spostrzegam jakiegoś kolesia, koło
którego stoi Brett. Śmieją się razem. Pokazuje im środkowy palec i idę do Lizzy
która rozmawia z jakąś dziewczyną.
-O hej, Esme! Marisa, to jest Esme, można powiedzieć, że
szwagierka Chrisa. Esme, to Marisa, kapitan drużyny lekkoatletycznej naszego
liceum.-Mówi wesoło.
Podaje dziewczynie rękę i słucham ich rozmowy, ale
kompletnie nie wiem o kim one mówią, więc postanawiam pójść na taras. Tam
spotykam Jeremy’ego który stoi oparty o barierkę z butelką piwa.
-Hej.- Mówię do niego. Odwraca się do mnie i posyła mi
uśmiech. Robi to zawsze kiedy się z nim witam. Mam wrażenie, że w jego słowniku
nie ma słów na przywitanie.
-Co tam Esme?- Pyta i staje tak, żeby móc na mnie spojrzeć.
Ja siadam na krzesełku ogrodowym i popijam dalej mojego drinka.
-Szczerze? Nie czuję się tutaj za dobrze. Georgie nie
opuszcza stołu z shotami, Ana i Aileen gdzieś zniknęły, Lizzy gada z jakąś dziewczyną
o innych dziewczynach których nie znam. Trochę do dupy.
-Nie przejmuj się.- Mówi i posyła mi przepraszający
uśmiech.- No wiesz, ja też kiedyś byłem nowy w tej paczce, ale w tedy Chris
dopilnował, żebym dobrze się czuł. To mój najlepszy kumpel.
-To dupek…- Warczę. Jeremy się śmieje.
-Tak masz racje, ale jest zajebistym kumplem. Miał trudną
przeszłość, daj mu szansę. W końcu się uspokoi. Uwierz mi.
-Skoro tak mówisz.- Uśmiecham się do niego.
***
Trzy godziny, pięć drinków i jedno piwo później stoję na
środku parkietu, czyli po prostu salonu Lizzy i odstawiam jakiego dzikie pląsy.
Dziewczyny miały racje, drinki potrafią być zabójcze, a jak zmieszasz je z
piwem, są jeszcze gorsze. W sumie nawet nie pamiętam dlaczego zaczęłam tak pić.
Chyba przez to, że nic innego nie miałam do roboty. Jak zaczęło robić mi się
wesoło, to po prostu olałam wszystko i zaczęłam pląsać na środku pokoju jak
pomylona, ale ludzie to podłapali i zaczęli tańczyć ze mną.
-Musimy znaleźć Chrisa.- Mówi stanowczo Georgie przy moim
uchu kiedy próbuje mnie odciągnąć z parkietu.
-Chris to dupek!- Śmieje się.- Daj mi się bawić.
-Zaraz się tam wywalisz. Musi cię zabrać do domu. Rodzice
Lizzy wrócą wcześniej, więc nie da rady żebyśmy zostały na nos.
-Oj tam, daj spokój, zawsze mogę spać w ogrodzie.
-Ana!- Krzyczy Georgie. Obraz mi się rozmazuje, jestem
ciągnięta za rękę, ale nadal próbuje tańczyć.- Do cholery, pomóż mi!
Słyszę głośne śmiechy więc sama też zaczynam się śmiać.
-Co ona ze sobą zrobiła?- Kpi Ana.
-Ogarnij się! Nigdy się nie opiłaś?
Wykorzystuje moment kiedy dziewczyny się kłócą i czmycham do
góry jak myszka. Otwieram pierwsze drzwi z rzędu i widok który tam widzę,
sprawia, że trzeźwieje natychmiast. Duże cycki Ailleen trzęsą się jak
galaretka, podczas gdy ona ujeżdża Chrisa jak jakaś małpa goryla. Chris
sztywnieje kiedy dostrzega mnie w drzwiach, ale Aileen najwidoczniej nie
przeszkadza live porno które uskuteczniają. Wita się ze mną i dalej skacze po
Chrisie jak jakaś napalona kangurzyca. Zamykam oczy i szybko zamykam drzwi od
pokoju. Siadam na podłodze i nie wiem co mam robić, śmiać się, płakać,
wrzeszczeć. Jestem zniesmaczona i przerażona jednocześnie.
-Esme!- Słyszę za sobą jakiś męski głoś. Odwracam się i
widzę Chrisa. Wygląda jakby właśnie ktoś nieźle go ujeżdżał, a nie czekaj…
właśnie tak było. Robi mi się niedobrze.
-Nie powinnaś tego widzieć.- Mówi i podchodzi do mnie.
-Wiem, ale widziałam.- Mówię i zaczynam się śmiać bo próbuje
wstać, ale mi się to nie udaje.
-Jesteś pijana.- Krzywi się.
-A ty nie?- Dziwię się.
-Prowadzę…- Mruczy pod nosem i pomaga mi wstać. Podtrzymuje
mnie i czeka aż złapię równowagę.
-Coś takiego! Sądziłam, ze się najebiesz, ale ty wolisz
chyba co innego, mam rację.- Mrugam do niego i zaczynam się śmiać.
-Chodź,
musimy coś z tobą zrobić. Jutro będziesz mieć cholernego kaca.- Prowadzi mnie
do jakiegoś innego pokoju i sadza na łóżku.
-Wiesz co? Myliłam się. Masz duże jaja, dziwi mnie to jak
mieszczą ci się w tych obcisłych portkach. Jak chcesz mieć kiedyś dzieci
przystopuj z tym.- Mówię do niego, ale on nie jest rozbawiony. Przynosi mi
szklankę wody z łazienki obok i podaje mi ją.- Nie będę piła kranówy.
-Owszem będziesz, chyba, że chcesz, żeby twoja siostra
wlepiła na szlaban do końca życia.
Zaczyna mi się kręcić w głowię i czuje, jak szpinak z obiadu
podjeżdża mi do góry.
-Będę rzygać…- Mówię.
-Teraz?- Pyta, ale ja już nie odpowiadam tylko puszczam
pawia prosto na jego spodnie. –Fuu..- Syczy. Odpycha dywan na bok i staje po
mojej prawej stronie trzymając moje włosy, a ja pozwalam, żeby wszystko co
wypiłam wyszło ze mnie z podwojoną ilością.
-Lizzy mnie zabije..-Mówię w przerwie między torsjami. Nigdy
w życiu się nie opije…
-Uspokój się na razie.- Mówi i gładzi mnie po plecach. To
takie upokarzające.
Kiedy kończę wymiotować siadam na łóżku i wycieram usta
dłonią. Chris przynosi z łazienki kilka mokrych ręczników i podaje mi je.
Jednym wycieram twarz, drugi- mniejszy, kładę sobie na szyję.
-Przepraszam cię.- Mruczę.
-Spoko, zdarza się. Idę zmienić spodnie, ale ty nie ruszaj
się stąd nigdzie, słyszysz?- Rozkazuje.
-Tak, nigdzie nie pójdę.- Mówię spokojnie i opadam na
łóżko. Chyba przez chwilę nawet
zasypiam, ale kiedy wracam do żywych czuje jedynie straszny ból głowy, Chrisa
jak nie było tak nie ma. Wstaje powoli z łóżka i wychodzę z pokoju. Idę po
schodach, później przez salon i wychodzę do ogrodu. Stoi tam grupka chłopaków,
może tam jest Chris? Podchodzę więc do nich chwiejnym krokiem.
-Jest tutaj może Christopher?- Pytam
bełkotliwie. Grupka chłopaków patrzy się na mnie dziwnym wzrokiem. Nagle jestem
przez nich otoczona i nie wiem co się dzieje. Czuje tylko się sztywnieje,
sztywnieje i nie wiem co ze sobą zrobić. Ktoś mnie dotyka, a potem czuję, że
odpływam, widzę tylko ciemność…
Hej!
Mam nadzieje, że ten
rozdział wyszedł już lepszy, jest trochę humoru, trochę tajemniczości… Dodaje
dzisiaj kolejny rozdział, ponieważ nie wiem kiedy na tygodniu uda mi się coś
napisać. Mam teraz trochę pracowity tydzień ;) Do napisania :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz