wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 5


            Obudziłam się z okropnie ciężką głową. Całą noc przepłakałam a do tego, zasnęłam na posadzce w łazience. Podniosłam się więc z zimnej podłogi i spojrzałam w lustro. Wyglądam gorzej, niż w tedy w szpitalu. Wzięłam z szafki szczotkę i rozczesałam powoli moje posklejane od łez kosmyki włosów. Kiedy w końcu udało mi się to zrobić, zbieram je w kok, żeby nie było widać, że nie są pierwszej świeżości. Myje buzię zimną wodą, żeby odrobinę się rozbudzić, a następnie przemywam ją płynem do demakijażu, ponieważ mam pandy pod oczami. W końcu przychodzi moment makijażu. Rozprowadzam niewielką ilość podkładu na twarzy, korektorem zamalowuje niedoskonałości a oczy maluje tuszem do rzęs. Z szafy w pokoju, wyjmuje dżinsy, biały podkoszulek i szarą bluzę z kapturem, zasuwaną na suwak. Po prysznicu ( tak wiem, kolejność wykonywanych czynności jest bardzo nie odpowiednia, ale nie myślę tak jak powinnam, w końcu spędziłam noc na posadzce w łazience) przebieram się w ubranie i schodzę na dół do kuchni. Wszyscy siedzą przy stole i jedzą śniadanie, czuje na sobie wzrok Chrisa, jednak nie odwzajemniam go.
         -Wyspałaś się?- Pyta obojętnie Viviane. Aha, dalej jest wściekła.
         -Nie za bardzo, ale ujdzie w tłumie…- Mruczę pod nosem i wyjmuje z lodówki jogurt.
         -Zjedz coś przyzwoitego.- Mówi do mnie siostra, ale ignoruje ją i zajadam się jogurtem.
         -Chris, twój samochód przyszedł z serwisu.- Oznajmia Will.- Dobra, musze lecieć, na razie.- Całuję Viv w policzek i opuszcza pomieszczenie. Siedzimy w ciszy, co nie jest w cale najgorsze, gorsza jest tak niezręczność wisząca w powietrzu.
         -Jedz szybko jak chcesz, żebym podrzucił cię do szkoły.- Burczy Chris i dopija swoją kawę.
         -Kto powiedział, że chcę z tobą jechać?- Pytam go, a w moim głosie idzie wyczuć gniew.
         -Jedziesz z Chrisem, nie mogę cię odwieźć…- Rzuca Viviane i wychodzi z kuchni. Jęczę a potem zerkam na chłopaka. Podnosi na mnie swoje czarne oczy, które przeszywają mnie na wylot.
         -Sorry za wczoraj.- Wypowiada te słowa tak cicho, że niemal ich nie słyszę. –A teraz zbieraj dupę, bo nie będę na ciebie czekał.
         -Wcale nie chcę z tobą jechać!- Warczę.
         -Trafisz sama do szkoły? A z resztą… rób co chcesz.- Burczy i wychodzi z domu. Po chwili namysłu, wychodzę jednak za nim i staje jak wryta, przed bardzo drogim samochodem którego jeszcze w życiu tutaj nie wiedziałam. Nie znam się na autach, ale na pierwszy rzut oka, widać, że to obecne tutaj, wcale nie było tanie.
         Wsiadam na miejsce pasażera i zapinam pas. Chris zerka na mnie z ukosa i uśmiecha się złowieszczo. Nie bardzo wiem co to ma znaczyć, ale obstawiam, że nic dobrego. No i się nie mylę. Chris, zamiast jechać w prawo, drogą która prowadzi do szkoły, skręca w lewo, droga wylotowa z miasta.
         -Co ty robisz?!- Krzyczę.
         -Jadę autem.- Odpowiada i się śmieje.
         -Tyle to i ja widzę! Dlaczego nie w drugą stronę?!
         -Bo nie jedziemy do szkoły.- Mówi to w taki oczywisty sposób, że mam ochotę wyrwać mu kierownicę z rąk i kierować za niego.
         -Jak to?! Czy ty chcesz, żeby Viviane była jeszcze gorzej zła?!- Warczę i szturcham go.
         -Co ty robisz wariatko, chcesz nas zabić?!- Wrzeszczy na mnie i naprostowuje samochód.
         -Akurat wydaje się to lepszym rozwiązaniem, niż perspektywa całego dnia z tobą!
         -Uspokój się, do cholery jasnej! Poza tym, nie przejmuję się tym, co pomyśli Viv. Ona i Will wkurwiają się na mnie z dosyć dużą częstotliwością. Gdybym chciał się tym przejmować, nie miałbym życia, no tak, zapomniałem, ty raczej i tak nie wyglądasz na buntowniczkę, tylko na grzeczną dziewusi z dobrego domu.
         -Wal się…- Syczę i odwracam głowę w stronę okna.
         Nim zdążę się zorientować, jesteśmy już za miastem. Nie odzywamy się do siebie, po prostu wsłuchujemy się w szum opon, sunących po autostradzie oraz w dźwięki radia. Jestem taka wkurzona, że chyba aż wychodzi mi para przez uszy, za to mój towarzysz jest niewzruszony faktem, że właśnie zabiera nas na wagary. Przecież jak Viviane się dowie, to nas powiesi. Powiesi nas… A ja nie chcę jej dokładać problemów. Znienawidzi mnie tak samo jak znienawidzili mnie rodzice. Jestem tego pewna w stu procentach.
         -Dobra, zawrzyjmy układ.- Odzywa się Chris, a jego czarne oczy zerkają na mnie przez chwilę.
         -Jaki znowu układ?- Mówię znudzonym głosem i odwracam w jego stronę.
         -Ty opowiesz mi dlaczego boisz się dotyku oraz o twoim idealnym domku, a ja odwiozę cię do szkoły. Może być?- Pyta zadowolony ze swojego planu, a mi zaczyna się wydawać, że wagary wcale nie są takim złym pomysłem, w porównaniu do rozmowy o domu i przeszłości.
         -To co było w Malibu, zostało w Malibu.- Staram się być opanowana.
         -Okay, to jedziemy dalej.- Prycha a na jego twarzy znów widnieje ironiczny uśmieszek. Ugh, jak ja go nie cierpię!
         -Ale z ciebie padalec.
         -A z ciebie niezrównoważona wariatka, ale uwierz, nazywali mnie gorzej niż padalec.- Puszcza mi oczko i znów skupia się na drodze.
         -Jesteś taki wkurzający, naprawdę! Niczym się nie przejmujesz, ale z ciebie egoistyczna małpa…
         -W przeciwieństwie do Jeremy’ego, co?
         -Tak, on jest… czekaj, co ma do tego Jeremy?- Pytam, strącona z drogi. O co mu chodzi?
         -To, że robisz do niego maślane oczka. Uwierz, wiem, kiedy laska ślini się na czyjś widok.- Śmieje się
         -Nie robię do niego maślanych oczu! A poza tym, to nie twoja sprawa. Zajmij się Aileen.
         -Oj robisz, robisz… Jer to mój kumpel, więc w pewnym sensie to moja sprawa, bo widok was obojga, nie jest zachwycający. Nie chcę skazać kumpla na wieczną męczarnie. No i do tego, spójrzmy prawdzie w oczy, związki monogamiczne są przereklamowane.
         -Przecież jesteś z Aileen.
         -Posłuchaj Esmeraldo, czy jak ci tam na imię… Aileen i ja żyjemy w wolnym związku, jasne, jesteśmy razem tylko dlatego, że ona jest najlepszą sztuką w szkolę, a na mnie poluje każda dziewczyna, zaraz po kapitanie drużyny, jestem najbardziej pożądanym kąskiem w szkole. Poza tym, nic nas nie łączy. Ona bzyka się z kim chcę, ja z resztą też. Totalnie mam ją w dupie.
         -Jesteś obrzydliwy…- Krzywię się.- Jak można tak traktować dziewczynę, nie widzisz jak ona na ciebie patrzy?
         -Niby jak? Daj spokój, to też nie jest jej bajka. Zaufaj mi…
         -Nie mam ku temu podstaw. – Przekomarzam się.
         -Oj daj spokój, kto chciałby bzykać się przez całe życie z jedną laską?- Pyta mnie, a wyraz jego twarzy jest tak samo dupkowaty, jak to co przed chwilą powiedział.
         -No wiesz, spałeś już z wieloma laskami, może pora przystopować.
         -A no tak, ty raczej nie wyglądasz na taką co sypia z chłopakami…- Śmieje się.
         -Skąd możesz o tym wiedzieć?- Pytam oburzona, mimo, że ma rację.
         -My umiemy wyczuć która panna jest dziewicą, gdybym nie wiedział, wpakowałbym się w jakieś uczuciowe gówno. Każda dziewica podchodzi emocjonalnie do seksu, no i takie laski jak ty. Ani nie wyglądasz jak Aileen ani się tak nie zachowujesz.
         -Do tego mnie obrażasz…- Zajebiście, nie dość, że dał mi do zrozumienia, że jego dziewczyna jest ładniejsza, to jeszcze ma mnie za wariatkę. Dżentelmen…
         -Nie miałem zamiaru cię obrazić. Słuchaj, gdybym chciał się pakować w związek z jedną laską, była by to dziewczyna twojego pokroju, delikatna i urocza. A nie jak Aileen, pyskata i ostra w łóżku.
         Czy on właśnie nazwał mnie uroczą? Ugh, to i tak dupek! Przez chwilę nic nie mówimy, po prostu jedziemy spokojnie, w całkowitej ciszy. Analizuje to co właśnie mi powiedział. Czy serio robię maślane oczy do Jeremy’ego? I czy serio jestem urocza? Pewnie i tak się tego nigdy nie dowiem. Pan „Jestem największe ciacho w szkole i przelecę każdą” nigdy się do tego nie przyzna, ani tego nie powtórzy.    
         To dziwne, ale z czasem moje nerwy na niego maleją. Nawet cieszę się, że urwaliśmy się ze szkoły. Nie mam humoru widzieć się z ludźmi gadającymi o moim zatruciu alkoholowym. Nagle czuje wibrowanie telefonu. Serce zaczyna mi szybciej bić, a dłonie się pocą. Będę miała przerąbane, wiem, że to Viviane… Wciskam zieloną słuchawkę i przykładam go do ucha.
         -Gdzie ty do jasnej cholery jesteś?!- Krzyczy.
         -W szkole…- Staram się udawać wyluzowaną i spokojną, ale wiem, że mi to nie idzie.
         -Słucham?! Dzwonił do mnie właśnie dyrektor i pytał, czy wszystko w porządku z tobą, bo nie ma cię w szkole. Z resztą Chrisa tak samo!
         -Mogę ci to wytłumaczyć!
         -A co tutaj tłumaczyć?! Myślałam, że jesteś inna, ale nie! Sądziłam, że byłam dla ciebie za ostra, że to jednorazowa sytuacja… Matka miała rację, są z tobą same problemy.
         Po tych słowach upuszczam telefon, który zlatuje gdzieś pod fotel. Chris patrzy się na mnie a jego wzrok tężeje a usta wyginają się w grymasie.
         -Nie mów, że będziesz płakała…
         Ale właśnie w tym momencie łzy płyną po moich policzkach. Nie mogę powstrzymać tego palącego uczucia, które zabija mnie od środka. „Matka miała rację”. Ona przecież nie wie. Jak w ogóle moja matka może obwiniać o to mnie, nie ojca?! Skoro byłam taka tragiczna, dlaczego mnie gdzieś nie oddała?! Przecież od początku byłam problemem.
         -Jezu, nie rycz, błagam. Czyjś smutek wprawia mnie w zakłopotanie. Uspokój się, błagam cię… Kurde, ja nawet nie wiem co się robi w takich sytuacjach. To znaczy, na filmach koleś zazwyczaj bierze dziewczynę na ręce, ale… Czy mogę zaoferować ci swoje ramię?- Pyta mega uprzejmie i zjeżdża na pobocze.
         Mimo, że to co mówi i jego paplanie jest takie uroczo śmieszne, nie mogę przestać płakać, za bardzo bolą mnie słowa które usłyszałam. Przecież nikt nie ma pojęcie… Ale Chris, po raz pierwszy odkąd tutaj jestem, zachowuje się tak jak powinien. Odsuwa swój fotel, odpina mój pas i bierze mnie na kolana, a ja nawet nie zastanawiam się nad tym wszystkim, tylko wtulam policzek w jego klatkę piersiową  i słucham bicia jego serca. Płaczę, bo tylko to od kilku lat potrafię robić najlepiej. Płakać… A on głaszcze mnie uspokajająco po głowię i wciąż do siebie tuli. Podświadomie wtulam się w niego jeszcze mocniej. Czuję jakby właśnie to miejsce, jego ramiona, były moją bezpieczną przystanią. Czuję się bezpiecznie i mam wrażenie, że nic tutaj nie może mi się stać. Tak powinnam się czuć przez całe życie, szkoda, że jednak tego nie miałam…
         -Co takiego powiedziała Viviane?- Pyta mnie Chris.
         -Nic konkretnego.- Chlipie, mimo to, oboje wiemy, że to kłamstwo. Chris wie, że nie ma sensu się kłócić i wraca do głaskania mnie po głowie i szeptania do ucha pocieszających słów oraz jakiś żarcików, które z czasem zaczynają mnie rozweselać. Może to jednak nie taki dupek?

 

*** 
         - Jak w ogóle mogliście nie pójść do szkoły?!- Wrzeszczy Viviane. Will nic się nie odzywa. Stoi i słucha, jak jego żona wrzeszczy na cały dom.
         -To moja wina, ona o niczym nie wiedziała. Daj je spokój.- Mówi totalnie nie przejęty sytuacją Chris. Ja nie mam nawet siły się bronić. Stoję tam, tak jakby nie dotyczyło to mnie. Chcę jedynie pójść do pokoju i zasnąć.
         -Nie mam do was siły…- Syczy Viviane i wychodzi z kuchni. Will poklepuje mnie po ramieniu i idzie za nią.
         Zerkam na Chrisa, po czym idę do swojego pokoju, a on, ku mojemu zdziwieniu, idzie za mną. Wchodzimy do pokoju i siadamy oboje na łóżku. Chris patrzy na mnie zmartwiony.
         -Wszystko ok?- Pyta.
         -Tak, w porządku… Możesz pójść do siebie.- Mówię od niechcenia, ale prawda jest taka, że nie chcę żeby szedł do siebie.
         -Ej, aż takim dupkiem nie jestem. Wiem, że w naszej szkole panuje wszechwiedząca opinia, że jest inaczej, ale dzisiaj nie zostawię cię w takim stanie jak ostatnio. Nie chcę, żebyś znowu spała w łazience, płacząc.
         Jego słowa mnie dziwią i wprowadzają w osłupienie.
         -Wiedziałeś, że śpię w łazience?- Pytam niedowierzając
         -Właściwie zobaczyłem to rano, ale nie chciałem cię budzić, bo mogłabyś wpaść w panikę. No wiesz… dotyk.
         -No tak, dziękuję. Tak w prawdzie, to jak to się stało, że trafiłeś do szkolnego zespołu?- Zmieniam temat, po sądzę, że powinnam dowiedzieć się o nim nieco więcej.  On wie o mnie w brew pozorom, naprawdę wiele.
         -Miałem do wyboru albo to, albo wydalenie ze szkoły. To kara, nie przyjemność.- Mówi i śmieje się. Jest inny, swobodny.       
         -A kiedy nauczyłeś się grać na gitarze?
         Wzdycha, a potem wstaje i zaczyna krążyć po pokoju.
         -Jako młody chłopak. No wiesz, miałem może dziesięć lat. Czułem potrzebę zaimponowania komuś. No wiesz, że ja też coś potrafię. Nie lubię o tym gadać. Zawrzyjmy umowę.
         -O nie… kolejną?- Jęczę, a on zaczyna się śmiać,
         -Ja nie pytam cię o przeszłość, a ty nie pytasz mnie. Logiczne? A i, od jutra wracamy do normalności. Nie mogę pozwolić ci się za bardzo panoszyć.- Żartuję.
         -Okay, umowa stoi. A, i zapamiętaj coś, to i tak nie fajne, jak traktujesz Aileen i inne dziewczyny.
         -Uwierz mi s… Moja droga, same się o to proszą
         -Co chciałeś powiedzieć?- Pytam zaciekawiona. Szybko się poprawił, a to było dziwne
         -Chciałem nazwać cię per „Skarbie”, ale uznałem, że nie, bo tak nazywam laski z którymi sypiam. Dopóki nie wymyślę ci czegoś fajniejszego, po prostu będziesz Esme.  Przecież z tobą nie będę sypiał
         -Fuuuj! To by było obleśne.- Śmieje się. On patrzy na mnie z uśmiechem.
         -Na pewno nie gorzej niż twoje rzygi na moim portkach.- Wybuchamy śmiechem. Jejku, on serio potrafi być fajny.- Dobranoc Esme.
         -Dobranoc Chris.
         Chris wychodzi z mojego pokoju a ja, zabierając po drodze swoje rzeczy idę do łazienki. Kurcze, on serio potrafi być uroczy, a szczególnie w tedy, kiedy panikuje. Majaczy w tedy jak pomylony. Podsumowując dzisiejszy dzień, nie było najgorzej. Zbliżyliśmy się do siebie, chcąc czy nie chcąc, no i mogłam poznać prawdziwe oblicze mojego współlokatora. On udaje takiego chama i dupka, a w rzeczywistości jest serio fajnym chłopakiem. Skoro chce, żebyśmy się ze sobą gryźli, luz. Prędzej czy później, sprawię, że wszyscy poznają tego chłopaka z tej drugiej strony. A na razie, może faktycznie skupię się n a Jeremy’m? Jest fajny, a skoro i tak niektórzy uważają, że robię do niego maślane oczka, czemu by nie próbować?

Hej!

Dzisiejszy rozdział bogaty w dialogi, ale coś takiego mi wpadło do głowy. Mam nadzieje, że się podoba ;) A od następnego rozdziału, ciąg dalszy przytyków i uwag między Chrisem a Esme :D

piątek, 25 listopada 2016

Rozdział 4


         Obudziłam się w jakimś białym pomieszczeniu, na pewno nie był to mój pokój. W oddali słychać krzyki Willa i Viviane. Zaczynam łapać ostrość obrazu i zdaje sobie sprawę, że jestem w szpitalu. Najpierw oczywiście wpadam w panikę bo nie wiem dlaczego tutaj trafiłam, ale powoli zaczynam odtwarzać zdarzenia z poprzedniego wieczoru i… O mój Boże, narzygałam Chrisowi na spodnie, po tym, jak nastałam go na uprawianiu dzikiego seksu z Aileen.
         -Jak mogliście w ogóle nas tak perfidnie okłamać?! Mogli nam zabrać opiekę nad wami. Co ci strzeliło do tego głupiego łba, żeby zabrać ją na imprezę?!- Krzyk mojej siostry unosi się w pomieszczeniu. Udaję, że dalej śpię, bo nie chcę żeby i mi się oberwało.
         -Po pierwsze to nie głupiego łba, ale pięknego jak cholera, a po drugie, ona ma swój rozum! Nie mogłem jej pilnować jak niemowlaka, chciała pić to piła, nawet o tym nie wiedziałem, ale pozwoliłem sobie zarzygać spodnie, więc należy mi się jakieś podziękowanie.- Mówi totalnie nie przejęty tą sytuacją.
         -Uspokójcie się oboje.- Warczy Will.- Jak to się stało, że ona zemdlała?
         -Nie wiem, wyszedłem dosłownie na moment z pokoju, kiedy wróciłem to spała, siedziałem przy niej chwilę, ale musiałem pójść się odlać, nie było mnie może dwie minuty, nie wiem, może nawet krócej. Jak wróciłem, Esme nie było, zaraz później zawołała mnie Georgie, żeby powiedzieć, że Esme zemdlała w ogrodzie, gdzie jakieś kutasy próbowały się do niej dobierać. Zabraliśmy ją do salonu i zadzwoniliśmy po pogotowie, no i w tedy lekarze powiedzieli, że prawdopodobnie to zatrucie alkoholowe.
         No tak, pamiętam. Wyszłam do ogrodu, żeby znaleźć Chrisa, a potem pamiętam już tylko dotyk tych obleśnych łap na moim ciele. Strach tak mnie sparaliżował, że nie miałam na nic siły. Do tego nabawiłam się zatrucia alkoholowego.
         -Tak właściwie, to czemu ona tak panicznie boi się dotyku?- Pyta Chris. Sztywnieje. Wiem, że Viv mu nie powie, bo sama nie wie, ale kiedyś i tak się dowiedzą…
         -Sama nie wiem, nawet nie wiedziałam, że się boi dotyku. Skąd ty to wiesz?- Pyta wyraźnie zmartwiona.
         -Zauważyłem to parę razy w tym tygodniu. Każde przypadkowe muśnięcie jej skóry kończyło się paraliżem. Mówię ci.- Mówi dosadnie.
         Otwieram oczy i spoglądam na nich.
         -To się doigrałaś młoda…- Syczy Viviane kiedy zdaje sobie sprawę, że nie śpię.- Czy ty wiesz, ile sprawiłaś nam kłopotów?! Odchodziliśmy od zmysłów jak zadzwonili ze szpitala! Wiesz, że przez operacje po wypadku musisz uważać z używkami! Cholera, jesteś głupsza niż myślałam, co ci w ogóle strzeliło do głowy?!
         -Mogłabyś się uspokoić, boli mnie głowa. Nie wyżywaj się też na nim, bo akurat on zachował się serio w porządku, pomógł mi, ale ja głupia wyszłam go szukać. Mogłaś siedzieć na dupie i czekać aż wróci. Wiem, zachowałam się okropnie i przepraszam, więcej się to nie powtórzy. Czuję się okropnie…- Powiedziałam cicho, bo nie miałam siły żeby ruszać ustami, ale musiałam coś się odezwać.
         -Masz szlaban, oby dwoje z resztą macie szlaban! A ponieważ ty już miałeś wcześniej a i tak wyszedłeś, masz podwójny szlaban!- Syknęła. Moja siostra starała się być stanowcza, ale chyba jej to nie wyszło.
         Chris zaczął się śmiać i pogłaskał ją po ramieniu.
         -I co, zabierzecie mi kondomy, czekaj, nie, telefon! Albo zabronicie oglądać telewizje. Daj sobie na wstrzymanie i się ogarnij. Nie jesteśmy już małymi dziećmi na litość boską, nie obraź się, ale nie boję się ani ciebie ani Willa.
         -Mógł byś okazać troszkę szacunku i postarać się chociaż nie dokładać nam problemów.- Warknął Will.
         -Jak macie się zamiar kłócić, to stąd wyjdźcie.- Syknęłam.
Nienawidzę darcia, moja matka przed wypadkiem darła się na okrągło, ale nie na ojca, na mnie. Butelka leżała nie tak, jak ona chciała i było źle. Z resztą z ojcem też się kłócili.
-Ona chyba powinna odpoczywać. Nie wiem w ogóle czemu tutaj siedzę, skoro wy już jesteście. Zwijam się…
-O nie kolego, nigdzie nie idziesz. Będziesz jej tutaj pilnował, bo niektórzy muszą pójść do pracy. Napsuliście nam i tak wystarczająco dużo nerwów, a ponieważ nawet nie ma mowy, żeby któreś z was dotarło dzisiaj do szkoły, siedzisz tutaj z nią.- Syknęła Viviane i wyszła. Will mruknął jakieś „Na razie” i poszedł za nią, a ja zamknęłam oczy i poczułam jak gromadzą mi się pod powiekami łzy.
-Uspokój się, bywało gorzej.- Powiedział obojętnie i odwrócił się w stronę okna, opierając dłonie o parapet. Miał napięte mięśnie. Dopiero teraz mogłam się przyjrzeć jak dobrze jest zbudowany.
-Dzięki i przepraszam…- Mruknęłam pod nosem i szybko odwróciłam głowę. On zaczął się śmiać.
-W sumie to było całkiem interesujące doświadczenie. No wiesz, żadna laska jeszcze nie puściła pawia na mój widok. To ja powinienem cię przeprosić, ale to, że teraz staram się być miły, nie znaczy, że będzie tak przez cały czas. Wyjdziesz ze szpitala i wracamy do starej wersji.
-Udajesz takiego dupka, czy faktycznie nim jesteś?- Syknęłam i uśmiechnęłam się ironicznie. On puścił mi oczko i też się uśmiechnął.
-Zgaduj.-Parsknęłam śmiechem.- O co ci chodzi z tym dotykaniem?
Zesztywniałam, nikt nigdy mnie o to nie pytał, a ja nie mówiłam i chyba nie jestem gotowa na to, żeby cokolwiek powiedzieć.
-Nie chcę o tym gadać, bądź tak miły i wyświadcz mi przysługę. Nie pytaj o to więcej.
         Nikt chyba nie lubi rozmawiać na takie tematy, poza tym chyba tylko tyle mogę zrobić dla matki, żeby jakoś jej zrekompensować to, że zepsułam naszą rodzinę. Miałam nikomu nie mówić i tak będzie. Nigdy ani słowa. Bez względu na to, kto to będzie.
         -Idę do bufetu, chcesz coś?- Pyta. Kręcę przecząco głową a on wychodzi.
         Sądzę, że Chris nie jest takim dupkiem za jakiego uchodzi, albo za jakiego chciałby uchodzić. Po prostu zbudował wokół siebie mur którego nikt do tej pory nie umie zburzyć. Musi to mieć związek z jego przeszłością, ale wiem, że nie mówi się o tym łatwo. Will w sumie też nigdy nie mówił nic o tym co wydarzyło się dawno temu. Podejrzewam, że wie jedynie Viviane. Chris  jest w porządku, kiedy chce oczywiście. Przede wszystkim nie jest wcale taki głupi, na jakiego się kreuje. Jest inteligentny. Nawet bardzo. O dziwo, ale odrabia zadania domowe w szkolnej bibliotece a w domu uczy się do testów. To dziwne, ale prawdziwe. On po prostu jest pełen skrajności, a nikt sam z siebie takim się nie staje. Nasz charakter i sposób bycia buduje się przez to, co przeżyliśmy. Każde nasze wspomnienie ma wpływ na naszą przyszłość, moje mają prostu odzew, boje się panicznie dotyku, a on nie pokazuje prawdziwego siebie do nikogo. Chyba, że jest to Jeremy. On wie więcej, ale jestem pewna, że i tak nikomu nie powie, to w końcu przyjaciel.
         Wezwałam wilka z lasu, bo Jeremy wkroczył właśnie z uśmiechem na ustach do sali, trzymając w rękach wielką czekoladę.
         -Coś na poprawę nastroju, ale chyba jedyne co możesz spożywać, to dożylna kroplówka, co nie?- Żartuje.- Gdzie Chris?
         -Poszedł do bufetu, ale mam to w dupie. Niech robi co chce. Fajnie, że przyszedłeś.- Posyłam mu uśmiech.
         -Zmartwiłaś nas wszystkich, jak mógłbym nie przyjść? Ale powiem ci, że nieźle. Zatrucie alkoholowe, bo pierwszej imprezie. Szacunek. Każdy w szkole o tym trąbi. A co do tych padalców, nie martw się już nimi. Sprawa załatwiona.
         -Czekaj… Cała szkoła mówi o moim zatruciu alkoholowym?!
         Świetnie, jedyne czego mi trzeba, to ciekawscy uczniowie mówiący o tym, jak nawaliłam się na imprezie u Lizzy.
         -No może nie cała, ale nie przejmuj się, przejdzie im szybciej niż ci się wydaje. Za tydzień będzie nowsza sensacja.
         -Kiepskie pocieszenie.
         -Co ty tutaj robisz?
         Głos należy do Chrisa, jest rozzłoszczony, co jest dziwne, jest też w ciężkim szoku i na jego twarzy maluje się ciekawość.
         -Przyszedłem odwiedzić naszą stokrotkę. W końcu wszyscy się martwimy.- Powiedział wesoło. Rany, czy uśmiech schodzi z twarzy tego kolesia?
         -To fajnie…- Mruczy Chris.- Chodź, odprowadzę cię do drzwi.
         Że co proszę?! Mam ochotę zacząć wrzeszczeć, nie rozumiem o co mu chodzi! Jeremy przyszedł mnie tylko odwiedzić, a on zachowuje się jakby popełnił jakąś zbrodnie. Przecież to nic złego.
         -Na razie Esme.- Mówi wesoło i wychodzi za Chrisem.
         Zmieniam zdanie, Chris to dupek…

 

***

         W szkole faktycznie wszyscy gadali o mojej wpadce za imprezie. Jak się okazało, tydzień wcale nie pomógł by wszystko ucichło, chodziło też wiele innych historii na ten temat, ale chyba nic na to nie poradzę. W Malibu też takie historie chodziły po szkole tygodniami. Tylko, że tam, nauczyciele nie zwracali na to, aż takiej uwagi. Tutaj patrzyli się na ciebie jak na jakiegoś padalca. Jak w ogóle mogłeś uchlać się na imprezie po jakiś dwóch tygodniach pobytu w mieście?! Jak widać można. Jestem na to żywym przykładem.
         -No nieźle, narzygałaś spodnie największego przystojniaka w tej szkole. Mocne.- Śmieje się Alec.- Uwierz mi, gdyby nagle zmienił orientacje, rwałbym go, jak Reksio szynkę. No wiesz, Reksio, to taki pies z polskiej kreskówki dla dzieci.
         -Wiem kim był Reksio, ale też nie rozumiem co wy wszyscy widzicie w Chrisie? Poza tym, nie wiem, czy twój partner chciałby się dowiedzieć o tym co powiedziałeś. Zastanów się Alec.
         -Och, on ma takie samo zdanie. Uwierz mi skarbie, homoseksualiści są bardziej otwarci i mniej zazdrośni w związkach niż wy. Tym bardziej, że każdy wie o tym, iż twój współlokator jest w stu procentach hetero. No wiesz, przeleciał prawie wszystkie laski z trzecich i czwartych klas. Drugich i pierwszych już  nie zdążył, bo sama rozumiesz, Aileen wydaje się być bezpieczniejsza. Nikt nie chce złapać wenery, chociaż dzisiaj każdy ma wenerę! On co prawda, żadnej nie złapał ale…-      Przerywam mu.

         -Nie obraź się Alec, wiem, że Chris jest świetnym tematem do rozmów w tej szkole, ba, w tym mieście, ale nie chce słuchać o jego życiu erotycznym.
         -Och, daj spokój stokrotko. Sądziłem, że dziewice lubią słuchać na takie tematy. No wiesz, ta ciekawość i w ogóle.
         -Ja nie lubię, to nie mój interes kto z kim sypia.- Warknęłam. Gdyby wiedział, dlaczego nie chce rozmawiać na takie tematy…- Poza tym, o co wam biega z tą stokrotką?!
         -No wiesz, jesteś jedyną drugoklasistką w paczce czwartoklasistów. Stokrotki są maleńkie, więc wszyscy uznali, że stokrotka to dobra ksywka.
         -A ty i twoi znajomi? Też należycie do paczki!- Burzę się, ale Alec się krzywi.
         -Och mała, kogo ty starasz się oszukać? My jesteśmy tam tylko dlatego, że kumplujemy się z tobą, oni nie trzymają się z takimi jak my.
         Nic już nie powiedziałam. Zrobiło mi się głupio. To nie powinno tak wyglądać, bo jestem pewna, że Alec nie miał na myśli różnicy wiekowej. On wyraźnie miał na myśli ich odmienność. Nie rozumiem jak ktoś może uważać się za kogoś lepszego, nienawidzę czegoś takiego. Każdy jest wyjątkowy, co czyni nas wszystkich takimi samymi. Kto by chciał zwracać uwagę na odmienność seksualną albo na subkulturę którą się reprezentuje? No dobra, ludzie zwracają na to uwagę, wiem, bo w Malibu nie należałam do lubianych. Tutaj należę tylko ze względu na Chrisa. Ciekawe, czy gdyby nie on, Ana też odezwałaby się, że wstyd zapraszać mnie na imprezy. Może Lizzy i Georgie faktycznie nie mają z tym problemu, ale na przykład ten buc Brett. On ma się na kogoś nie wiadomo lepszego. Nie rozumiem co on ma do nas wszystkich, bo szczerze mówiąc, na każdego patrzy z góry. Nawet na Lizzy, a przecież są razem. Czasem mnie to dziwi, dlaczego w ogóle są razem, ale wolę się w to nie wtrącać, to nie moja sprawa. W końcu ja na miejscu Aileen też nie byłabym z Chrisem, gdyby on mnie tak traktował, jak traktuje ją. No bez przesady, on ją totalnie olewa, prawie jak ja teraz olewam gościa od matmy. Powinnam robić notatki ale wiem, że i tak skądś je skombinuje. Przykro mi i mam wyrzuty sumienia, za to jak traktują moich znajomych, a przecież nie powinnam, bo wiem, że na to nie da się nic poradzić. Tak było, jest i będzie wszędzie.

 

*** 

         Po powrocie do domy standardowo wszyscy zasiedliśmy do wspólnego obiadu. Chris miał ten sam wyraz twarzy, obojętność zmieszana z wyższością, jednak to nie taka wyższość jak u Bretta, bo ta u Chrisa jest udawana. Brett po prostu serio uważa się za pana wszechświata, a jest co najmniej panem swojego kibla, bo pewnie w jego pokoju też rządzi ktoś inny. Z resztą, on nadaje się do dyrygowania spłuczką od klozetu. Chyba tylko to potrafi.

         -Jak było w szkole?- Pyta Viviane, chociaż wiem, że wciąż ma na nas nerwy.
         -W porządku. Jakoś zleciało.
         -A u ciebie Chris?- Pyta Will.
         -Jak zawsze…- Mruczy. On nigdy nie mówi o szkole, jakby wstydził się swoich osiągnięć. A wiem, że takowe posiada.
         -Smaczny obiad Viviane.- Mówię i uśmiecham się do niej.
         -Nawet nie próbuj się podlizywać…- Mówi, a na jej twarzy maluje się poirytowanie.
         -Nie wiesz ile razy tego próbowałem, na nią to nie działa.- Mówi Chris i czuje, że delikatnie szturcha stopą moją nogę. Przechodzi mnie dreszcz, który on dostrzega, robi ponownie to samo.
         -Możesz przestać?- Syczę.
         Wszyscy patrzą na mnie, Will i Viviane nie rozumieją co mam na myśli. Will patrzy wkurzony na brata.
         -Tylko ją szturchnąłem, bez przesady!
         -Nie lubię jak…- Nie jest dane mi dokończyć.
         -Nie obraź się siostrzyczko, ale to trochę dziwne, boisz się zwykłego dźgnięcia palcem, o co ci do cholery chodzi? Coś się stało w Malibu? Powiedz mi, mama mówiła, że…- Nie dała jej dokończyć. Wiedziałam co chce powiedzieć. Mama powiedziała, że… że co?! Że jestem wariatką?
         Zrywam się od stołu i ignoruje wołanie. Zamykam się na klucz w mojej łazience i zaczynam płakać. Nie rozumieją i chyba nigdy nie zrozumieją o co chodzi. Co da im to, że powiem? Przecież ich reakcja będzie taka sama jak matki. Rozbiłam rodzinę, to moja wina, to przeze mnie umarli, bo przeze mnie wyjechaliśmy z miasta. To wszystko moja wina. Pamiętam te słowa, kiedy się rozbiliśmy. Ojciec już nie żył, a ostatnie słowa mojej matki brzmiały „To twoja wina”, a ja chciała powiedzieć, że ją kocham… Nie oszukujmy się, byłam zwyczajnie jedną wielką pomyłką.

 

 

Hej!

Rozdział  w końcu jest, mam nadzieje, że się wam podoba ;) Tym razem trochę inny. W weekend nie wiem czy coś się pojawi, bo randkuje z angielskim, ale postaram się coś sklecić ;) Jeśli macie jakieś sugestie to śmiało piszcie w komentarzach. Do napisania J

niedziela, 20 listopada 2016

Rozdział 3


           Reszta tygodnia zleciała w prawdzie całkiem szybko. Przez resztę dni poznawałam nauczycieli. Wiem, że babka od geografii jest tak śnięta i zamknięta we własnym świecie, że na lekcji prawie nic nie robimy, babka od angielskiego to siekiera która całe lekcje w drugich i w pierwszych klasach poświęca na rzecz seniorów. Koleś od matmy jest całkiem w porządku i nawet dobrze tłumaczy, nauczycielka od chemii uważa, że jej przedmiot jest najważniejszy a babka od historii potrafi nieźle nudzić na lekcji. Kiedy zatnie się na jednym temacie i w kółko powtarza jedno i to samo ja i Alec łapiemy sytuacje i wychodzimy wcześniej z lekcji tylnimi drzwiami. Tak się akurat składa, że mamy dni, gdzie historia jest zaraz przed przerwą na lunch, no działa dobrze, bo możemy zająć miejsca w stołówce i szybciej kupić ulubione jedzenie, które najszybciej zazwyczaj się kończy. Mam taki układ, że w poniedziałki i czwartki siadam z paczką Aleca, czyli jego partnerem oraz parą heteroseksualistów, Maxem i Justine. To dosyć dziwna para. Max jest Emo a Justine hipiską. Czasem ciężko z nimi wytrzymać ale ich lubię. Z Justine chodzę nawet na kilka zajęć. We wtorki i piątki siedzę z paczką Chrisa. W środy siadamy wszyscy razem. Georgie i Lizzy podchodzą do tego na luzie, Ana wydaje się być obojętna, chociaż często szepcze o czymś do Aileen a potem obie się śmieją, mało w tedy gadają. Brett i Chris są zniesmaczeni towarzystwem moich znajomych, Cam w sumie jak zwykle rzuca swoimi żarcikami i nie jestem pewna, czy wie o tym, że Alec to gej. Jeremy w sumie jest najnormalniejszy jeśli chodzi o chłopaków, najbardziej ułożony. Lubię go, fajnie się z nim gada. Czasem on i Chris siedzą u nas na angielskim i rozwiązują teksty z nauczycielką. Chris zazwyczaj stara się nie łapać ze mną kontaktu wzrokowego, Jeremy za to w wolnych chwilach ze  mną rozmawia.
         Dzisiaj dzień imprezy i wiem, że są osoby którym nie leży to, że idę. Na przykład jest to Brett. Nie wiem o co mu chodzi, ale coś do mnie ma. Chris często z nim o czymś gada, ale z tego co zdążyłam się dowiedzieć, Brett jest fałszywy, a w paczce znalazł się dzięki temu, że związał się z Lizzy. Mimo to, jakoś wszyscy go lubią. Dziewczyny należą do drużyny Cheerleederek a chłopaki grają w drużynie baseballa. Znaczy, nie licząc Chrisa. On jest w jakiejś szkolnej kapeli i gra na gitarze. Podobno nie chciał w niej być, ale go wkręcili.
         Stoję przed szafą i zastanawiam się, w co wypadało by się ubrać na taką imprezę. W Malibu chadzałam na imprezy, ale to były zupełnie inne imprezy. Domyślam się, że grzeczniejsze niż tutaj. Zerkam na wieszaki i zdaję sobie sprawę, że moje ciuchy zupełnie nie pasują do tutejszej pogody. Same letnie i zwiewne sukienki. Zamykam wiszącą szafę i otwieram tą gdzie mam półki. Wyjmuję z niej parę czarnych rurek, które wyszczuplą odrobinkę moje nogi, czerwoną bluzkę z rękawem trzy czwarte która podkreśla moje piersi i czarną skórzaną kurteczkę. Robię sobie dosyć ciemny makijaż oczu, składający się z ciemnych cieni i czarnej idealnej kreski. Uczyłam się jej przed równy rok w pierwszej klasie i w końcu umiem zrobić śliczną jaskółkę! Włosy rozpuszczam. Mam dziwny kolor włosów. Nigdy ich nie farbowałam. Nie wiem czy to jasny brąz czy to ciemny blond. Nie mam pojęcia. Moja mama była Argentynką, ale w Argentyna to nie Meksyk czy Brazylia, w sumie Argentyńczycy nie mają aż takiej ciemnej karnacji i nie wszyscy mają ciemne włosy czy oczy.
         Patrzę w lustro i zabieram z komody telefon, który wpycham do kieszeni spodni. Schodzę powoli na dół. Na przedpokoju zakładam na nogi czarne trampki i uważam, że wyglądam nieźle. Wchodzę do salonu gdzie w mocnych objęciach Will i Viviane oglądają jakiś film.
         -Wyglądasz cudownie Esme, ale dziwi mnie to, że odwaliłaś się tak na zwykłe nocowanie u koleżanki. Powiedz prawdę.
         Zaczynają pocić mi się ręce. Kurde… Jak powiem, że idę na imprezę to wrobię Chrisa, bo on ma zakaz wychodzenia na imprezy, ale w sumie on chyba i tak by się tym nie przejął.
         Patrzę na siostrę i zastanawiam się co mogłabym tak właściwie jej powiedzieć.
         -Och no wiesz, pewnie pójdziemy do kina, albo na pizze. Nigdy nie wiadomo kogo tam będzie można spotkać.
         -No dobra, niech ci będzie. Chris!- Krzyczy Viviane. Zjawia się dosyć szybko na dole i stoi oparty o futrynę w drzwiach.
         -Jak odstawisz Esme do dziewczyn, masz nigdzie się nie plątać.- Mówi Will.
         -Mówiłem ci, że idę do Cama. Będziemy oglądać mecz. Daj spokój Will, jedno piwo to nie grzech.- Jest wyluzowany i chyba nie przejmuje się tym, że oni coś podejrzewają.
         -Masz kare! Człowieku ogarnij się, jestem twoim prawnym opiekunem od tylu lat, że powinieneś się przyzwyczaić do tego, że cię pouczam! Od kiedy stałeś się taki, co cię tak zmieniło?- Pyta Will.
Jest wyraźnie zdesperowany i ma chyba dosyć. Wychowywanie nastolatka w wieku dwudziestu siedmiu lat, to nic prostego, zwłaszcza, że jeszcze nie dawno było się nastolatkiem. Pamiętam jak mama pouczała Viviane, że ma poważnie się zastanowić, czy jest gotowa na coś takiego.
-Wychodzimy.- Warczy Chris i wychodzi z pokoju, tak szybko, że ledwo go doganiam. Wsiadam na miejsce pasażera i patrzę na niego,
         -Wyluzuj.- Mówię do niego.- Oni chcą dla ciebie dobrze. Mi też nie jest łatwo.
         -Jakoś nie wyglądasz na rozpaczającą po śmierci rodziców.- Mówi kpiącym tonem i parska śmiechem.
         -Wal się Christopher.- Warczę i odwracam się do okna. On nic nie wie… I nigdy się nie dowie.
         -Nie zrozumiesz pewnych rzeczy więc nie wściubiaj nosa w nie swoje sprawy! Miałaś zawsze idealne życie i masz je przez cały czas, więc nie sądzę, żebyś wiedziała o co mi chodzi.
         -Nic o mnie nie wiesz, więc pozwól, że sama ocenie czy miałam idealne życie czy nie.- Syczę w jego kierunku. Czuję łzy pod powiekami. Staram się nie rozpłakać. Od kilku lat robiłam to co nos. Dziwne, bo po śmierci rodziców przestałam to robić.
         -Ej…- Mówi cicho. Odwracam się w jego stronę. Dostrzegam na jego twarzy, coś, co pierwszy raz widzę u niego. Wstyd? Żal? Nie wiem.- Uważaj na tej imprezie. Będzie tam dużo ludzi którzy są różni.
         Nie odpowiadam, resztę drogi spędzamy w ciszy i jedziemy prosto do domu Lizzy. Kiedy parkujemy na podjeździe, wychodzę tak szybko z auta, że nawet nie wiem jakim cudem stoję już w salonie Lizzy.
         -Alec będzie?- Pytam się. Dziewczyny patrzą po sobie dziwnym wzrokiem. Tak jakby to co powiedziałam było zakazane.
         -Po co nam ta grupa luzerów?- Pyta Ana.- Nie obraź się kochana, ale zadajemy się z nimi tylko dlatego, że ty nas o to poprosiłaś. To nie nasza liga.
         -Dokładnie. Nikt z tych osób które tutaj będą, nie czuli by się dobrze w towarzystwie tych dziwadeł.- Przytakuje Aileen, a następnie odciąga Ane gdzieś na bok. Patrzę na Georgie, która zdaje się być zakłopotana całą sytuacją.
         -Muszę się napić!- Krzyczy.- Chodź, pokażę ci, gdzie można się wziąć alkohol. A i polecam ci nie wchodzić do pokoju naprzeciwko kuchni, tam spotykają się ćpuny, więc możesz naćpać się od samych oparów. Serio.- Mówi wesoło i prowadzi mnie do pomieszczenia jadalnego gdzie stoi barek zastawiony dużą ilością alkoholi wszelakiego rodzaju.
         -Tutaj masz Tequile, drinki stoją tam, piwo powinno być na stole.- Pokazuje po kolei.- Ja stawiam dzisiaj na tequile, ale jeśli wolisz drinka to proszę. Tylko uważaj, nie wiadomo kiedy można się nieźle nimi załatwić.- Śmieje się i sięga po kilka shotów tequili. Ja biorę jakiegoś drinka, który wygląda jak koktajl waniliowy.- Doby wybór!
         Próbuje napoju i stwierdzam, że nie czuć w nim w ogóle alkoholu. To oznaka, że jest delikatny. Nie chce się nawalić na pierwszej imprezie, na której będę piła więcej nić kieliszek wina czy jedno piwo.
         Wychodzimy z jadalni. W salonie znajduje się już coraz więcej ludzi. Niektórych kojarzę mniej więcej z twarzy, wiem, że większość to seniorzy albo trzecioklasiści. W zasadzie, jestem jedyną drugoklasistką w tym towarzystwie i czuję się co najmniej dziwnie.
         -Kto wpuścił tutaj to dziecko?- Krzyczy jakiś koleś. Patrzę w kierunku, z którego dobiegł mnie krzyk i spostrzegam jakiegoś kolesia, koło którego stoi Brett. Śmieją się razem. Pokazuje im środkowy palec i idę do Lizzy która rozmawia z jakąś dziewczyną.
         -O hej, Esme! Marisa, to jest Esme, można powiedzieć, że szwagierka Chrisa. Esme, to Marisa, kapitan drużyny lekkoatletycznej naszego liceum.-Mówi wesoło.
         Podaje dziewczynie rękę i słucham ich rozmowy, ale kompletnie nie wiem o kim one mówią, więc postanawiam pójść na taras. Tam spotykam Jeremy’ego który stoi oparty o barierkę z butelką piwa.
         -Hej.- Mówię do niego. Odwraca się do mnie i posyła mi uśmiech. Robi to zawsze kiedy się z nim witam. Mam wrażenie, że w jego słowniku nie ma słów na przywitanie.
         -Co tam Esme?- Pyta i staje tak, żeby móc na mnie spojrzeć. Ja siadam na krzesełku ogrodowym i popijam dalej mojego drinka.
         -Szczerze? Nie czuję się tutaj za dobrze. Georgie nie opuszcza stołu z shotami, Ana i Aileen gdzieś zniknęły, Lizzy gada z jakąś dziewczyną o innych dziewczynach których nie znam. Trochę do dupy.
         -Nie przejmuj się.- Mówi i posyła mi przepraszający uśmiech.- No wiesz, ja też kiedyś byłem nowy w tej paczce, ale w tedy Chris dopilnował, żebym dobrze się czuł. To mój najlepszy kumpel.
         -To dupek…- Warczę. Jeremy się śmieje.
         -Tak masz racje, ale jest zajebistym kumplem. Miał trudną przeszłość, daj mu szansę. W końcu się uspokoi. Uwierz mi.
         -Skoro tak mówisz.- Uśmiecham się do niego.
 

***
         Trzy godziny, pięć drinków i jedno piwo później stoję na środku parkietu, czyli po prostu salonu Lizzy i odstawiam jakiego dzikie pląsy. Dziewczyny miały racje, drinki potrafią być zabójcze, a jak zmieszasz je z piwem, są jeszcze gorsze. W sumie nawet nie pamiętam dlaczego zaczęłam tak pić. Chyba przez to, że nic innego nie miałam do roboty. Jak zaczęło robić mi się wesoło, to po prostu olałam wszystko i zaczęłam pląsać na środku pokoju jak pomylona, ale ludzie to podłapali i zaczęli tańczyć ze mną.
         -Musimy znaleźć Chrisa.- Mówi stanowczo Georgie przy moim uchu kiedy próbuje mnie odciągnąć z parkietu.
         -Chris to dupek!- Śmieje się.- Daj mi się bawić.
         -Zaraz się tam wywalisz. Musi cię zabrać do domu. Rodzice Lizzy wrócą wcześniej, więc nie da rady żebyśmy zostały na nos.
         -Oj tam, daj spokój, zawsze mogę spać w ogrodzie.
         -Ana!- Krzyczy Georgie. Obraz mi się rozmazuje, jestem ciągnięta za rękę, ale nadal próbuje tańczyć.- Do cholery, pomóż mi!
         Słyszę głośne śmiechy więc sama też zaczynam się śmiać.
         -Co ona ze sobą zrobiła?- Kpi Ana.
         -Ogarnij się! Nigdy się nie opiłaś?
         Wykorzystuje moment kiedy dziewczyny się kłócą i czmycham do góry jak myszka. Otwieram pierwsze drzwi z rzędu i widok który tam widzę, sprawia, że trzeźwieje natychmiast. Duże cycki Ailleen trzęsą się jak galaretka, podczas gdy ona ujeżdża Chrisa jak jakaś małpa goryla. Chris sztywnieje kiedy dostrzega mnie w drzwiach, ale Aileen najwidoczniej nie przeszkadza live porno które uskuteczniają. Wita się ze mną i dalej skacze po Chrisie jak jakaś napalona kangurzyca. Zamykam oczy i szybko zamykam drzwi od pokoju. Siadam na podłodze i nie wiem co mam robić, śmiać się, płakać, wrzeszczeć. Jestem zniesmaczona i przerażona jednocześnie.
         -Esme!- Słyszę za sobą jakiś męski głoś. Odwracam się i widzę Chrisa. Wygląda jakby właśnie ktoś nieźle go ujeżdżał, a nie czekaj… właśnie tak było. Robi mi się niedobrze.
         -Nie powinnaś tego widzieć.- Mówi i podchodzi do mnie.
         -Wiem, ale widziałam.- Mówię i zaczynam się śmiać bo próbuje wstać, ale mi się to nie udaje.
         -Jesteś pijana.- Krzywi się.
         -A ty nie?- Dziwię się.
         -Prowadzę…- Mruczy pod nosem i pomaga mi wstać. Podtrzymuje mnie i czeka aż złapię równowagę.
         -Coś takiego! Sądziłam, ze się najebiesz, ale ty wolisz chyba co innego, mam rację.- Mrugam do niego i zaczynam się śmiać.
-Chodź, musimy coś z tobą zrobić. Jutro będziesz mieć cholernego kaca.- Prowadzi mnie do jakiegoś innego pokoju i sadza na łóżku.
         -Wiesz co? Myliłam się. Masz duże jaja, dziwi mnie to jak mieszczą ci się w tych obcisłych portkach. Jak chcesz mieć kiedyś dzieci przystopuj z tym.- Mówię do niego, ale on nie jest rozbawiony. Przynosi mi szklankę wody z łazienki obok i podaje mi ją.- Nie będę piła kranówy.
         -Owszem będziesz, chyba, że chcesz, żeby twoja siostra wlepiła na szlaban do końca życia.
         Zaczyna mi się kręcić w głowię i czuje, jak szpinak z obiadu podjeżdża mi do góry.
         -Będę rzygać…- Mówię.
         -Teraz?- Pyta, ale ja już nie odpowiadam tylko puszczam pawia prosto na jego spodnie. –Fuu..- Syczy. Odpycha dywan na bok i staje po mojej prawej stronie trzymając moje włosy, a ja pozwalam, żeby wszystko co wypiłam wyszło ze mnie z podwojoną ilością.
         -Lizzy mnie zabije..-Mówię w przerwie między torsjami. Nigdy w życiu się nie opije…
         -Uspokój się na razie.- Mówi i gładzi mnie po plecach. To takie upokarzające.
         Kiedy kończę wymiotować siadam na łóżku i wycieram usta dłonią. Chris przynosi z łazienki kilka mokrych ręczników i podaje mi je. Jednym wycieram twarz, drugi- mniejszy, kładę sobie na szyję.
         -Przepraszam cię.- Mruczę.
         -Spoko, zdarza się. Idę zmienić spodnie, ale ty nie ruszaj się stąd nigdzie, słyszysz?- Rozkazuje.
         -Tak, nigdzie nie pójdę.- Mówię spokojnie i opadam na łóżko.  Chyba przez chwilę nawet zasypiam, ale kiedy wracam do żywych czuje jedynie straszny ból głowy, Chrisa jak nie było tak nie ma. Wstaje powoli z łóżka i wychodzę z pokoju. Idę po schodach, później przez salon i wychodzę do ogrodu. Stoi tam grupka chłopaków, może tam jest Chris? Podchodzę więc do nich chwiejnym krokiem.
         -Jest tutaj może Christopher?- Pytam bełkotliwie. Grupka chłopaków patrzy się na mnie dziwnym wzrokiem. Nagle jestem przez nich otoczona i nie wiem co się dzieje. Czuje tylko się sztywnieje, sztywnieje i nie wiem co ze sobą zrobić. Ktoś mnie dotyka, a potem czuję, że odpływam, widzę tylko ciemność…

Hej!

Mam nadzieje, że ten rozdział wyszedł już lepszy, jest trochę humoru, trochę tajemniczości… Dodaje dzisiaj kolejny rozdział, ponieważ nie wiem kiedy na tygodniu uda mi się coś napisać. Mam teraz trochę pracowity tydzień ;) Do napisania :*