środa, 16 listopada 2016

Rozdział I


           Seattle. Od jakiś paru tygodniu tylko to miasto mam w głowie. Zostawiam przeszłość za sobą, Malibu to skończony rozdział. Przykro mi jedynie zostawiać moich znajomych, ale jak powiedziała Jenna, „Nie przejmuj się! Seattle to stolica Grey’a! Sexshop co sto metrów, będzie zajebiście.”Sądzę, że pomyliło jej się z Vegas. Jedyne co mogę zrobić dla mojej zmarłej matki, to nie przyznawać się do tego, że jestem szczęśliwa z powodu tego wyjazdu. Co prawda nie czuję absolutnie żadnej potrzeby robienia dla niej czegokolwiek, ale zważywszy na to, że nie uważała mnie widocznie za taką okrutną córkę i coś mi zostawiła. Ojciec… dla niego nie chcę nic robić. To przez niego stało się to co się stało, to przez niego mam pełno metalu w ciele i jestem pewna, że kiedy przejdę przez barierkę na lotnisku, w końcu i tak było w Malibu.
          Dlaczego Seattle? Mieszka tam moja starsza siostra, Viv. Viviane przeprowadziła się tam, na studia. Pytanie, czemu tak daleko? Jej mąż, Will, spędzał wakacje w Malibu. Poznał moją siostrę, gdy ta pracowała w kawiarni na plaży. Miłość od pierwszego wejrzenia, czy jakoś tak to nazywali. Muszę z nią mieszkać dopóki nie ukończę osiemnastego roku życia. Równe dwa lata, ale ponieważ kocham moją siostrą, a z Malibu nie czuje więzi emocjonalnej, wcale mi to nie przeszkadza. Nienawidzę upałów. Nie ma czym oddychać, gorąco bije w każdym miejscu, pełno ludzi z idealnymi figurami, w bikini, podczas gdy ja… nie jestem taka idealna. Ma się trochę tutaj i tam. Nie jestem gruba, ale nie należę też do chudzielców. Mam po prostu trochę kształtów, co sprawia, że nie we wszystkim jednak wyglądam dobrze. Co prawda Jenna powtarzała, że w bikini wyglądam dobrze, bo podkreśla moje fajne cycki i tyłek, ale ja starałam się tego unikać. Jestem taka z kilku powodów, a jeden z nich to zdecydowanie genetyka, której nie oszukam. Moja matka była podobnej postury, moja babka i ciotki też. Siostra… ona się odrodziła, ale nie o niej teraz. Jednym słowem, jeśli chcesz mieć cycki i tyłek, musisz ważyć przynajmniej 65 kilogramów. Ważąc mniej, stanik z miseczką D będzie wyglądał tak, jakbyś albo wypychała go, lub miała sylikonowe implanty. Myślicie, że fajnie jest byś cycatą?! Mylicie się i to bardzo. Każdy facet liczy tylko na to, że sobie pomaca a przy rozmowie skupia się na twoich oczach, ale tych poniżej. Bieganie lub inny sport bez dobrego usztywnienia nie wchodzi w grę. Ma to też swoje plusy, ale nie będę się nad nimi rozwodzić.
                Tak więc wydobywa się głos obsługi samolotu, że zbliżamy się do lądowania, które może trochę potrwać, przez deszcz nad Seattle. To, że nie lubię upałów, nie jest równoznaczne z tym, że kocham deszcz, może nie będzie tak źle, w końcu będę mieszkać w stolicy Grey’a. No bo wiecie, mamy rok 2016. Czyli parę lat po wydaniu pierwszej części Grey’a i cały rok, po wypuszczeniu premiery filmu. Każdy turysta będący w Seattle na liście „Do zwiedzenia” ma stanąć pod budynkiem Escali, zobaczyć budynek który robił za Grey House i dotknąć helikoptera podobnego do Charlie Tango. Zapomniałabym! Zaopatrzenie się w sprzęt do pokoju zabaw też jest konieczne. Oczywiście, można zrobić to w każdym mieście, ale w Seattle to co innego. Nie to, że mam coś do Grey’a, uwielbiam tę książkę, ale cóż poradzę, że wszyscy zwracają uwagę jedynie z perwersyjny seks!
                Samolot zbliża się do podłoża, wyglądam przez okno i widzę jedynie ścianę deszczu. Cholera, mogłam zostawić parasolkę w bagażu podręcznym. Powoli wszyscy dostają się do wyjścia i starają się przebiec przez ten deszcz, ja jednak nie rozumiem ich pośpiechu. Idę spokojnie, ale potem zdaje sobie sprawę, że ten deszcz nie jest taki ciepły jak bywa w Malibu i dołączam do stada biegnących wściekłych kojotów. Moje rzeczy zostały dostarczone na długo przede mną. Dzisiaj więc mam jedynie moją torbę podręczną i jedną walizkę czekającą na mnie przy taśmie bagażowej.
                Wchodzę do Sali przylotów i odlotów, od razu rzuca mi się w oczy moja świrnięta siostra. Wspominałam, że tak samo jak i wygląd, tak i charakterki mamy różne?
                Ruda Viviane, stoi i kłóci się z jakimś gościem o walizkę, jak widać zapomniała, że różowe bagaże już dawno dotarły, a dzisiaj przywiozłam jasno fioletową torbę podróżną. Oczywiście, musi się okazywać tym, że jest ekologiem. Ma na sobie koszulkę z logo swojej firmy, rurki podwinięte na końcach w kolorze ecru i czarne balerinki, nie zapominajmy o płóciennej torbie z napisem „To dla ciebie istnieje Ziemia baranie!”. Taa, moja siostra jest delikatnie świrnięta. No dobra, trochę bardzo świrnięta.
                -Viv to nie moja walizka…- Mówię jak gdyby nigdy nic podchodząc do niej. Moja siostra odwraca wzrok w moją stronę odrobinkę przestraszona. Gość jak widać odebrał dziewczynę z lotniska, bo za moment u jego boku pojawia się tleniona blondyna.
                -Przepraszam pana najmocniej. Moja siostra jest w ciąży, hormony i te sprawy.- Mówię do niego a następnie zdejmuję swoją torbę z taśmy i odciągam oniemiałą Viv.
                -Wcale nie jestem w ciąży! Przytyłam?! Powiedz, że nie, błagam!
                -Uspokój się Viviane. Chciałam cię jakoś usprawiedliwić. Poza tym, wiedziałaś, że dzisiaj mam tylko torbę podróżną. Ten koleś wyglądał na ostro poirytowanego.
                -No wiem, może dlatego chciał wezwać ochronę? – Pyta z niewinnym wyrazem twarzy, a ja zaczynam się śmiać. O tak, tęskniłam za nią.
                -I z czego się śmiejesz młoda?
Siostra jest tak samo rozbawiona jak ja. Viviane bardzo przeżyła śmierć rodziców, może dlatego, że nie wiedziała, jakim zwyrodnialcem jest ojciec. Oczywiście, że nie wiedziała. Nikt nie wiedział…
                -Tęskniłam za tobą Vivi. – Mówię i przytulam się do niej. Po wypadku spędziła w Malibu, razem z Willem, bardzo dużo czasu. Później zajmowała się mną mama Jenny. W sumie widziałyśmy się jakieś trzy miesiące temu.
                -Ja za tobą też siostrzyczko, tylko ty mi zostałaś Esme. Ty i Will, ale wiesz co mam na myśli. Musimy się trzymać razem. Mam nadzieje, że spodoba ci się w Seattle.
                -Gorzej niż w Malibu nie będzie…

***

                Wysiadłyśmy pod domem Viv i Willa. Dobrali się imiennie, no nie? Moja matka była w połowię Argentynką, więc stąd imię Viviane i Esmeralda. Ojciec za to jest rodowitym Amerykaninem. Pochodził z Denver, ale nie wiem jakim cudem znaleźli się oboje w Malibu, nigdy o tym nie mówili.
                Dom Willa i Viv jest przytulny.  A przynajmniej taki wydaje się z zewnątrz. Pierwsze co uderza w oczy, to weranda, pomalowana na biało, drewniana, z zawieszoną ogromną huśtawką. Kilka donic z kwiatami i stolik. Wchodzimy do środka. Przedpokój jest nie wielki. W sumie to jest to nieduże kwadratowe pomieszczono, z którego wychodzi troje drzwi i schody. Jedne z nich prowadzą do kuchni, która zaś prowadzi do salonu, drugie do łazienki a trzecie do pokoju gościnnego. W rogach stoją dwa fotele i na skrawkach wolnych ścian wiszą zdjęcia i kwietnik z kwiatkiem. Stoi również półka na buty. Podłoga wyłożona jest turkusową miękką wykładziną a ściany pomalowane są w kolorze wanilii. Ja i Viviane wchodzimy do kuchni, w której pierwsze co da się zauważyć to zero zdobyczy techniki. Czyli, zero zmywarki, zero płyt indukcyjnych, jest jedynie kuchenka gazowa, brak mikrofalówki i ekspresu do kawy. Moja siostra jest dziwna. Unika wszystkiego co związane z elektroniką. Ma na szczęście telewizor, piekarnik i komputer firmy Apple.
                Kuchnia też się przyjemna. Na środku stoi stół z czteroma krzesełkami. Szafki są w kolorze bieli, a ściany pomalowane na błękitny. W oknie wisi biała szyfonowa firana, a od salonu oddziela ją tylko duża wyspa kuchenna. Salon jest utrzymany w ciemniejszych kolorach, nie odbiega od kuchni, ale jednak. Ściany są granatowe z białymi paskami, panele są co prawda jasne, wypoczynek również. Na środku stoi mały stolik. Na ścianie wisi też telewizor, jakieś obrazy, jest trochę kwiatów. Jak w każdym salonie. Oczywiście nie mogło braknąć biblioteczki, barku oraz szafki na rodzinne zdjęcia. Viviane nie byłaby sobą.
                -Podoba ci się? – Pyta ostrożnie, jakby bała się, że się rozryczę, albo wybuchnę.
                -Jest ślicznie Viv. Gdzie ja będę miała swój pokój?
Od zawsze byłam bezpośrednia i to chyba się nie zmieni. Chcę w miarę szybko znaleźć się w moim pokoju i urządzić go po swojemu. Ufam Viviane, ale pewnie i tak będę chciała coś poprzestawiać.
                -Och tak, twój pokój jest u góry. Kończyliśmy go wczoraj wieczorem dosyć późno, wiem, ale chciałam żeby wszystko było idealne.
                Wchodzimy z powrotem na przedpokoik i wchodzimy na schody prowadzące na piętro. Jest to poddasze, korytarz utrzymany w tym samym stylu co na dole. Tutaj są z kolei cztery pary drzwi. Viviane wskazuje na jedne z nich. Na końcu korytarza.
                -Pomyśleliśmy, że będziesz chciała mieć trochę przestrzeni, więc ten pokój wydawał się najodpowiedniejszy.
                Viviane otwiera drzwi i puszcza mnie przodem. Staję jak wryta, nie dlatego, że jestem zawiedziona, wręcz przeciwnie! Jestem zachwycona. Ściany są w dokładnie takich kolorach jakie chciałam, czyli brzoskwiniowe, a na dwóch ścianach jest tapeta przedstawiająca książki. Stoi tu duża szafa z lustrem wbudowana w ścianę. Podwójne łóżko pod bokiem, szklane biurko, wiszą również półki z książkami i innymi bibelotami. Stoi też komoda, gdzie jak się domyślam, mam szkolne rzeczy i różne inne pierdoły. Przy łóżku stoi też duża lampa, mam też osobną łazienkę!
                -Ten pokój jest piękny Viviane!- Krzyczę i rzucam się jej w ramionach.
                -Cieszę się Esme. Może cię zostawię, rozpakujesz się, a ja pójdę zatelefonować do Willa. Miał do załatwienia jedną sprawę…- Tutaj urywa.
                -Jaką sprawę?- Pytam zaintrygowana.
               -Taką jedną, nie martw się nią. To ja idę upichcić jakiś obiad, jakbyś coś potrzebowała to schodź. Czuj się jak u siebie.
                Moja siostra opuszcza mój pokój a ja jeszcze raz się rozglądam. Jest pięknie. Rzucam się na łóżko, które jest mega piękne i nagle słyszę krzyk. Nie jest to ani głos Viviane, ani Willa. Jest to jednak, na pewno męski głos. Głęboki i mimo tonu, jakim mówi, zdaje się być miły.
                -Nie możesz mi rozkazywać! Jestem pełnoletni do cholerny! Ani ty ani ona nie jesteście moimi rodzicami!
                -Wróć się! – To już głos Willa.- Jesteś pod moją opieką rozumiesz to?! Dotąd, dokąd nie skończysz szkoły jesteś tutaj uwieziony gówniarzu, okay, może masz osiemnastkę, ale do kurwy nędzy, nie masz ukończonego dwudziestego pierwszego roku życia, nie możesz się uchlewać i wracać o tej porze! Odchodziliśmy od zmysłów!
                -Z wiekiem jesteś co raz nudniejszy Will. Zachowujesz się jak ojciec, a nie sorry, nie mam porównania, ale jestem pewien, że nawet gorzej niż on.
                Słyszę kroki po schodach a za moment głośne trzaśnięcie drzwiami, co mnie dziwi, całkiem blisko moich. Nie wiem o co chodzi, słyszałam, że Will ma brata, ale  nie… To nie możliwe! On nie może tutaj mieszkać! Przecież Viv mówiła, że są tutaj tylko ona i Will.
                Wychodzę z pokoju i cicho schodzę po schodach, żeby mój „sąsiad” z na przeciwka nie zorientował się, że ktoś tutaj jest. Will i Viviane stoją na środku korytarza tuląc się do siebie.
                -Czy ktoś do cholerny, może mi wytłumaczyć co to miało być? – Pytam najspokojniej jak potrafię. Viviane podskakuje i odwraca się w moją stronę, Will patrzy na mnie przepraszającym wzrokiem.
                -Przykro mi, że w takich okolicznościach, ale właśnie miałaś okazję poznać mojego brata.- Warczy Will.
                -Po co ta agresja braciszku. Sam bym się chętnie przedstawił.- Jego głos dziwi mnie tak samo, jak pozostałych w tym pomieszczeniu, odwracam się więc w stronę schodów.- Christopher, dla przyjaciół Chris, ale jestem pewien, że ty nie będziesz należała do tego grona. – Uśmiecha się ironicznie i nonszalancko opiera się o ścianę. Patrzę na niego zdumiona i nie wiem co mam powiedzieć.
                Stoję więc jak wariatka i wpatruję się w jego twarz, jakby był jakimś duchem. Ma piękne czarne oczy. Naprawdę, one są wręcz czarne! Jego włosy są równie ciemne i potargane w artystycznym nie ładzie.
                -Przyzwyczaiłem się, ze laski tak na mnie patrzą. Jeżeli pozwolicie, opuszczę to spotkanie rodzinne. Nara! – Przepycha się między nami i wychodzi trzaskając drzwiami.
                Dupek.
***

                Chris, albo raczej jak jasno dał mi do zrozumienia, Christopher, pojawił się o dziwo na kolacji. Siedział naprzeciwko mnie i patrzył na wszystkich z góry. Moja siostra przygotowała jakieś zielsko, więc w sumie nie dziwię się, że nie chciał jeść. Ja też nie miałam na to ochoty.
                -W lodówce jest pizza, jeśli nie chcesz…- Zaczęła, ale Will jej przerwał.
                -Nie, wszyscy zjemy twoją sałatką, później spróbujemy ciasta ekologicznego, napijemy się twojego dietetycznego koktajlu i rozejdziemy się do sypialni. – Powiedział stanowczo. Wiem, że nie miał na myśli mnie, ale poświęcę się, widzę, że jest wystarczająco wkurzony na brata, który też ma coś do powiedzenia.
                -Mój żołądek nie trawi tej trawy, nie słyszałeś, że nasz organizm trawi jedynie białko zwierzęce?
                Krztuszę się sokiem z buraków i truskawek, wcale nie dlatego, że jest obrzydliwy, ale bardziej dziwi mnie znajomość wiadomości biologicznych, przez tego palanta.
                -Wszystko w porządku Esmie? – Pyta Will.
                -Tak, w jak najlepszym.- Mówię wycierając usta w serwetkę.
                -Moje przyszłe plemniki, w życiu nie dostaną tak popapranego imienia.- Drwi Chris.
                -To dlatego, że ich braknie do tego czasu? – Mówię, zanim zdążę się ugryźć w język.
                -Nie wiem, czy wiesz, ale mężczyźni wytwarzają plemniki do końca swojego życia.
                -Nie wiem, czy wiesz, ale prędzej czy później znajdzie się, ktoś kto obetnie ci jaja za tą twoją dupkowatość. – Uśmiecham się jak najsłodziej potrafię i wracam do jedzenia. Chris patrzy na mnie i chyba nie bardzo ogarnia co ma powiedzieć.
                -A rozumiem, pewnie chcesz być to ty, żeby mieć pamiątkę, że widziałaś męskie jaja?
                -Och nie pochlebiaj sobie, jakbym chciała mięć dowód, wybrałabym sobie kogoś z bardziej okazałymi jądrami, sądząc po tym, jak twoje spodnie są obcisłe, pewnie nie przekraczają rozmiaru orzecha włoskiego.
                -Dosyć!-  Mówi Viviane, ale widzę, że ma zamiar zacząć się śmiać. – Nie znacie się, ale spróbujcie się poznać i dogadać. Esme, z takimi tekstami poczekaj aż skończymy jeść, a ty Chris, przestać krytykować każde inne imię niż twoje.
                -Ciężko się zapamiętuje Viv, nie pamiętasz? Najlepiej natrafiać na te proste imiona, bo przynajmniej jest mniejsze prawdopodobieństwo, że zapomnisz w trakcie gry wstępnej i co w tedy? Nie zaruchasz.
                -Przykro mi Chris, ale ja nie mam takiego problemu. Sądzę, że na dzisiaj koniec tej rodzinnej atmosfery. Rozejdźmy się, zanim dojdzie do komentarzy które naprawdę zaczną kogoś urażać.
                Moja siostra zakończyła dosyć skutecznie tę rozmowę. Podziękowałam jej za kolację i znikłam szybko u góry w moim pokoju. Znalazłam jakąś piżamę i szybko poszłam pod prysznic, jak na jeden dzień to chyba za dużo atrakcji.

2 komentarze: